Reklama
Bez kategorii (110)
Regulatory wzrostu i rozwoju – jak zapobiegać wyleganiu łanu?
Napisał Wojciech Szota
Intensywne nawożenie azotowe stymuluje rośliny do dynamicznego wzrostu, jednak niesie za sobą ryzyko nadmiernego wybujania i osłabienia źdźbła. Wyleganie zbóż czy rzepaku utrudnia zbiór kombajnem i drastycznie obniża jakość ziarna. Profesjonalne środki ochrony roślin i opryski z grupy regulatorów wzrostu (antywylęgaczy) pomagają skrócić i usztywnić międzywęźla, stabilizując całą plantację. Sprawdź, jak działają te preparaty.
Mechanizm działania antywylegaczy na poziomie komórkowym
Regulatory wzrostu hamują syntezę gibberelin – hormonów roślinnych odpowiedzialnych za wydłużanie się komórek. W efekcie roślina traktowana takim preparatem wytwarza krótsze, ale znacznie grubsze i mocniejsze ściany komórkowe w źdźbłach. Co więcej, niektóre regulatory stymulują rozwój systemu korzeniowego, co poprawia zakotwiczenie rośliny w podłożu i zwiększa jej odporność na silne porywy wiatru.
Optymalne warunki i terminy aplikacji retardantów
Skuteczność regulatorów wzrostu zależy w ogromnym stopniu od temperatury w trakcie i po zabiegu. Niektóre substancje aktywne wymagają temperatur powyżej 8-10 stopni Celsjusza, podczas gdy inne działają skutecznie w niższych temperaturach. Zabieg w zbożach wykonuje się najczęściej w fazie pierwszego kolanka (BBCH 31-32), co pozwala na skrócenie najniższych, najbardziej obciążonych międzywęźli.
Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody – część III. Serce Krainy Lodu
Napisał Wojciech Szota
Przyjęcie urodzinowe u stóp lodowca, magnetyczny głos nura, przenikający na wskroś bezkresne przestrzenie Arktyki, zniewalające krajobrazy, żywe barwy i zew dzikości dookoła.
To sceneria szlaku Arctic Circle Trail na Grenlandii. Jest on jedną z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która na długości ok. 165 km wiedzie przez dziewicze zakątki tej wyspy. Rocznie przemierza go tylko ok.1500 osób z całego świata. Wśród nich znalazł się i Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży, który opowieścią o tej wyjątkowej wyprawie podzielił się z uczestnikami spotkania w miechowskiej Bursie Szkolnej. Jak odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Jak odnaleźć siebie pośród pustkowia i oczyszczającej ciszy? Czy taka podróż zmienia człowieka?
Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle.
Oto ciąg dalszy opowieści o przygodach na arktycznym szlaku
Być czy nie być? – czyli suche czy mokre?
- Wyprawa szlakiem Arctic Circle Trail należy chyba do kategorii tych, która „testuje” nas w każdej chwili, bo „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”?
- Tak. Trzeci dzień marszu zaczął się właśnie tak, jakby Grenlandia postanowiła sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy tu z właściwych powodów. Nie „dla przygody” tylko tych prawdziwych, gdy jest niewygodnie, mokro i ciężko. Obudziliśmy się w cudownej dolinie rzecznej, miękko ułożonej pomiędzy zboczami. O poranku spowita była mgłą tak gęstą, jakby ktoś rozlał mleko po całym krajobrazie. Powietrze miało ten surowy, wilgotny chłód, a deszcz ani myślał ustąpić.
Po dniu wcześniejszym byliśmy przemoczeni do… majtek. Wszystko mokre i ciężkie. Mieliśmy tylko jeden komplet suchych rzeczy. I w głowie zaczynała się… narada kryzysowa. Bo jest taki moment na wyprawach, którego nikt nie pokazuje w filmach: chwila przed wyjściem ze śpiwora. Leżysz jeszcze w cieple, twojej jedynej przestrzeni komfortu. I wiesz, że musisz z niej wyjść… I mętlik: czy założyć suche czy mokre? Bo to jak być czy nie być? Decyzja mogła być tylko jedna. Zakładamy mokre. Bo na Grenlandii praktyczność ratuje skórę dosłownie.
- To start był ciężki?
- Bardzo ciężki. Morale, które po pierwszym dniu niosło nas jak balon, teraz zaczęło opadać. Właściwie, nie będę udawał: ono szorowało po dnie (śmiech) - Noc była cudowna, organizm odpoczął… ale poranek tragiczny. Bo wypoczęte ciało to jedno, a perspektywa kolejnego dnia w wodzie to drugie. Zebraliśmy się w kolejnym domku na trasie. Było ciasno, parno od mokrych kurtek, ale choć bez wiatru w twarz. Zaparzyliśmy herbatę do termosu, siedzieliśmy i gawędziliśmy, w stylu: „kiedyś wyjdzie słońce”, „damy radę.” I wtedy padła jedna z największych prawd tej wyprawy: na świecie nie ma rzeczy nieprzemakalnych. Są tylko takie, które przemakają wolniej. Jedyną rzeczą, która nas realnie uratowała to skarpetki z membraną. Buty zawsze łapały wilgoć, a one nigdy. Torf po opadach nabrał wody. W praktyce większość dnia szliśmy w wodzie po kostki. Trzeba było obchodzić zastoiska, szukać twardszych fragmentów podłoża, trzymać się szlaku, który często był prawie niewidoczny. Ratował nas GPS i orientacyjne stożki z kamieni, drogowskazy oznaczające szlak.
- Czy to wszystko dookoła nie obezwładniało człowieka, powodując jakąś wewnętrzną dywersję naszego ciała i psychiki?
- Na początku, istotnie szło się gorzej. Mokre ciuchy, zimny deszcz, wiatr. Nastroje kiepskie. Ale po pierwszych trzydziestu minutach marszu wydarzyło się coś, co zawsze mnie zaskakuje: ciało zaczęło produkować ciepło. Nagle wilgoć stała się… akceptowalna. Przestała być paniką. Człowiek przełącza się w tryb funkcjonowania. Tylko że i cała logistyka obozowa zaczęła nam się sypać. Namioty zwijaliśmy na mokro. Śpiwór też dostał wilgoci, a on musi być suchy, choćby reszta świata miała pływać. Bo jak śpiwór wysiądzie, to cała wyprawa siada razem z nim, bo już możesz nie poczuć ciepła.
Większość drogi szliśmy zanurzeni w sobie. Każdy toczył własną walkę psychiczną, fizyczną, techniczną. Wygraną było to, że idziesz dalej. Kuba rzucił tego dnia komunikat: ponad 20 kilometrów. Ale dorzucił też dwie wiadomości, które podziałały jak kroplówka na morale. Prognozy się zmieniły, padać będzie dziś i jutro, potem poprawa. I: po dzisiejszej trasie śpimy w domku. Z piecykiem. Z szansą na wysuszenie rzeczy. Wtedy w grupie coś drgnęło. Bo narzekanie zaczęło się pojawiać coraz częściej, pierwsze obtarcia, odparzenia. Ale mieliśmy plan. Na wszystko. Ktoś miał plastry, inny maść, trzeci doświadczenie. W grupie naprawdę siła. Przerwy były szybkie i częste, padało i wiało. Herbata z termosu, baton, orzechy, i dalej. Bo kalorie były potrzebne. Wspieraliśmy się słownie, pilnowaliśmy humoru. Starałem się dodawać otuchy innym choć sam też w środku toczyłem swoją bitwę: „po co ja to robię?!” – „lepiej all inclusive i gorące kraje”…
- To może faktycznie lepiej ta Hurghada czy Madera…
- (uśmiech) Nie, bo wystarczyło spojrzeć w bok i te myśli… znikały. Krajobraz nas fascynował. Zobaczyliśmy nury lodowce, te same, które wcześniej oglądaliśmy na muralu w Sisimiut. I nagle to było jak zamknięcie klamry: obraz z miasta stał się rzeczywistością. Do tego lodowce, pustka przestrzeni, i pierwszy raz widok karibu. Pierwszy dowód, że tu jest życie, tylko inne, ciszej obecne, bardziej wtopione w tło. Po drodze zobaczyliśmy pardwę górską, piękną, jeszcze w białych zimowych piórach. Była jak duch z innej pory roku. I znów ten zachwyt: żywa zieleń, wodospady wyskakujące jak grzyby po deszczu, strumienie wszędzie, woda dosłownie w każdej postaci. I gdzieś między tym pojawiały się nasze refleksje: jak ważna jest woda, mokradła, dobry stan bagien. W Polsce człowiek często nie widzi tej wartości, dopóki jej nie zabraknie.
- Takie „wylogowanie się z cywilizacji” to chyba doskonała okazja, aby się zatrzymać, odnaleźć drogę do siebie i odkryć to, co czyni życie naprawdę wartościowym?
- Na pewno tak. Pod koniec dnia znaleźliśmy szkielet wołu piżmowego. Stał jak znak. Bez dramatyzmu czy moralizowania, po prostu fakt Natury. Śmierć jest tu naturalna, jak wiatr i deszcz. To mnie uderzyło mocno. Przez dłuższą chwilę szedłem potem z myślą o przemijaniu, o tym, że życie nie jest „na później”. Że trzeba je przeżyć porządnie, bo nie znamy ani dnia, ani godziny, kiedy sami zostaniemy takim szkieletem na szlaku.
I wreszcie domek. Jak wejście do innego świata. Sama myśl, że ściągniesz mokre ciuchy, usiądziesz pod dachem i choć przez chwilę nie będzie ci padać w twarz, to działało jak terapia. Po dojściu czekał na nas pyszny obiad i deser nagroda, która w tych warunkach ma rangę królewskiej uczty. Później karty, dużo herbaty, wspólny czas. Spokojny, ciepły, prosty. I jest ta, zazwyczaj zupełnie niedostrzegana, radość z niepozornych rzeczy. Jeszcze jeden moment. Mały, ale ogromny: pierwszy kontakt z bliskimi. SMS wysłany z telefonu satelitarnego. Krótka wiadomość. Ale coś, co potrafi człowieka wyprostować od środka. Jakby ktoś na chwilę przypomniał, że poza tą mgłą, deszczem, torfem i mokrymi rękawicami… istnieje też normalny świat. Ten, w którym – i my – jesteśmy dla kogoś cenni.
Przyjęcie urodzinowe pod lodowcem
- Trasa Arctic Circle Trail jest tak wymagająca, żmudna i trudna, że pewnie z każdym kolejnym dniem, który zbliżał do mety, odczuwaliście radość i ulgę?
- To bardzo dziwne, ale nie. A nawet było odwrotnie. W przedostatni dzień marszu zaczynał się pojawiać taki wewnętrzny smutek, że to koniec tej fascynującej przygody. Dotarliśmy do największej chatki przy Kanu Center. Tylko że obietnica domowej nocki skończyła się szybciej, niż zdążyliśmy zdjąć plecaki. Bo domek opanowały pluskwy. Decyzja była natychmiastowa: nie śpimy tam. Korzystamy wyłącznie z kuchni i stołu, cała reszta: namioty. Choćby wiało czy lało jak diabli. I tak właśnie wiało – (śmiech) – że człowiek miał wrażenie, iż wiatr chce mu urwać głowę. Jego kierunek był dodatkowo perfidny, prosto w twarz, dokładnie pod jutrzejszą przeprawę w kanu. Czyli zapowiedź dnia, w którym będziemy płynąć ponad 20 kilometrów pod wiatr, znaczy ciężki dzień z wiosłami. Tylko w tamtej chwili nasze myśli popłynęły… innym torem, bo nagle okazało się, że mamy powód do…świętowania. Dla jednej z naszych towarzyszek to był wyjątkowy dzień, kończyła 40 lat i z tej okazji zafundowała sobie tę przygodę.
- Tak trudna i forsowna wyprawa jako prezent na „czterdziestkę”? Godne podziwu! Tylko przyjęcie urodzinowe zapewne musiało poczekać…
- Tak, szacunek. Bo są ludzie, którzy kupują sobie na czterdziestkę zegarek. A są tacy, którzy fundują sobie Grenlandię. Nie – (uśmiech) – przyjęcie nie zostało odłożone. Zaczynamy świętować po swojemu, trochę śpiewu, malowania, żartów. Kuba, prawdziwy mistrz organizacji i planowania wypraw, rozkłada namiot, chwyta wędkę i gdzieś nam znika. Nagle, przez ten wyjący wiatr, słychać krzyk. I Kuba biegnie do nas z pięknym pstrągiem arktycznym. Euforia była taka, jakbyśmy nie złowili rybę, a znaleźli co najmniej – (śmiech) – sztabkę złota!
Marta, dotąd bardziej obserwatorka niż łowczyni, pierwszy raz zarzuca wędkę. Ściąga przynętę bez efektu, drugi raz, trzeci… i nagle jest branie. Walka, emocje, i ona też wyciąga kolejnego pięknego pstrąga, swoją pierwszą rybę, mówiąc, z błyszczącymi od radości oczami: „Już wiem, co daje wam taką frajdę w łowieniu. Poczułam to!” Kolejne rzuty i kolejne ryby. Kto chciał, ten złowił. Ja też. I już byłem myślami w kuchni. Bo przecież to „urodziny”. A w takich warunkach jedzenie przestaje być „posiłkiem”, staje się wydarzeniem. W głowie zaczyna mi się budować pomysł, nie mamy tortu, talerzy. Pojawia się jednak myśl, to będzie tort… rybny! Są świeczki. Rozpoczynam poszukiwania wokół domku odpowiedniej arktycznej dekoracji: płaskie kamienie, lokalne rośliny, drobne kwiaty. Może to brzmi absurdalnie, ale w terenie absurd często jest synonimem szczęścia. Z Piotrem czyścimy ryby. Potem „pieczenie” i serwis na kamieniach. Tylko sól i pieprz. Układam kamienie w kształt kwiatka, na nich kawałki ryby, dookoła rośliny i zebrana wokół aranżacja. Na brzegach świeczki.
- To solenizantka zapewne zaniemówiła na ten widok?
- (uśmiech) Tak, kiedy „rybny torcik” ląduje na stole, zapada cisza. Bo nagle nie jesteśmy w chatce na końcu świata. Tylko na urodzinach. Prawdziwych. Śpiewamy „Sto lat”, które gdzieś w świat niesie ten arktyczny wiatr. A jubilatka śmieje się, patrzy na świeczki jak na coś kompletnie nierealnego w tej scenerii i w końcu zdmuchuje je jednym tchem. A potem już przyjęcie…Do dziś pamiętam pomarańczo-czerwone mięso pstrąga i jego niewyobrażalny smak, intensywny i czysty. Tylko sól, pieprz, ogień i świeżość.
- Takie wydarzenia i przeżycia odkrywają chyba i to, co nam teraz umyka. Piękno prawdziwych relacji z innymi ludźmi?
- Na pewno budują więź. Drogą, wspólnym wysiłkiem i stołem, przy którym człowiek w końcu czuje się u siebie, nawet na końcu świata.
- To po imprezie można było zużytkować i siły, i energię na tę forsującą przeprawę przez jezioro… - Właśnie, i tu zdarzyło się coś niesamowitego. Tak, jakby ta Zimna Kraina odczarowała swoje oblicze i postanowiła wszystkim nam… wyprawić urodziny. Gdy wstaliśmy rano, trochę wiało, ale już nie tak bezczelnie jak wczoraj. Niebo pełne chmur, wilgoć w powietrzu. Po śniadaniu dzielimy się na trójki i ruszamy na wodę. Przed nami ponad 20 kilometrów w kanu. I nagle, zamiast walki dostajemy nagrodę. Z każdym kilometrem pogoda się stabilizuje. Wychodzi słońce, jezioro uspokaja się, tafla jak lustro. Woda krystalicznie czysta, widać na kilka metrów w głąb, że jezioro jest bardzo głębokie. Może nawet lepiej nie wiedzieć jak bardzo. Krajobraz, światło, cisza, temperatura. Na brzegu góry i żywa zieleń, w oddali karibu. Człowiek ma wrażenie, że właśnie wszedł do raju.
- Obrazek jak z jego reklamy.
- Tak, to były niezwykłe chwile. Ciszę od czasu do czasu przerywał głos nurów lodowców. Ten dźwięk ma w sobie hipnozę. Taki sygnał, że jesteśmy w świecie, który żyje swoim rytmem, ignoruje naszą obecność, ale pozwala nam na chwilę w nim uczestniczyć. Płynąc, rozmawiamy, o życiu, prywatnych sprawach. Tematy płyną jak ta woda, spokojnie, z ciekawością. I jest w tym coś pięknego, że w miejscu tak surowym człowiek staje się nagle bardzo ludzki, bardzo otwarty. Nie chcemy kończyć tej podróży… Chcemy stać na środku jeziora, zostać jeszcze chwilę, bo wszystko jest idealne. Docieramy do brzegu. Łowimy kolejne pstrągi. Pogoda piękna. Leżymy na brzegu jeziora, trochę śpimy. Ja ganiałem z aparatem za płatkonogiem szydłodziobym, który żerował na pobliskim jeziorku.
- Zapewne ten dzień w życiu należał do kategorii tych „zjawiskowych”?
- To prawda, a wtedy wciąż trwała jego magia. Bo przed nami niespodzianka, połączenie jezior, którego miało nie być. Przechodzimy przez zalany przesmyk, miejscami woda jest po pas. Ale po tych dniach to już nie robi wrażenia. Kuba wskazuje górkę, gdzie rozbijemy namioty. Widok cudowny. Wokół pływają lodówki, które wydobywają z siebie piękne, niemrawe dźwięki. Takie odgłosy, które brzmią jak muzyka miejsca.
W ostatni wieczór leżymy na skałach, rozmawiamy o drodze, przeżyciach. Cieszymy się Naturą. Z każdą godziną robi się coraz zimniej, ale owinięci w puchowe kurtki trwamy, bo nikt nie chce tego zakończyć. W białym dniu nie widać, kiedy robi się wieczór. To oszustwo czasu, niby późno, a światło jakby trwało na przekór. To dodaje jeszcze uroku tej chwili.
- I to moment, który pewnie sprawia, że w sercu pojawia się wzruszenie?
- Tak, a w oku kręci się łezka, bo człowiek czuje, że dotyka czegoś rzadkiego. Piękna dzikiego, nieosiągalnego, takiego, które nie powinno zostać „oswojone” ani „udomowione”. Grenlandia jest piękna właśnie dlatego, że nie próbuje się pod nas dostosować. I oby to się nigdy nie zmieniło. Niech zostanie miejscem dla tych, którzy naprawdę lubią przygody i potrafią zaakceptować, że tu prym wiedzie Natura. Zawsze.
Serce dla Grenlandii
- Arktyka, jej bezkres, pustka i samotność, zapewne pozwala zobaczyć naszą codzienność i życie w „uniwersalnym lustrze”?
- Z pewnością tak. Kiedy stawiałem ostatnie kroki i wiedziałem już, że to koniec, nie było we mnie euforii. Radość tak. I satysfakcja, że przeszedłem trasę, której, jeszcze kilka dni wcześniej, bałem się w głowie bardziej niż w nogach. Pokonałem siebie. Tylko jednocześnie czułem…smutek. Cichy, dziwny i prawdziwy. Bo wiedziałem, że to ostatnie kroki w tamtym świecie. Gdzie nie ma tłumu, hałasu, nie istnieją powiadomienia, terminy, maile i drobne sprawy, które w mieście urastają do rangi tragedii. Tam była tylko Natura i jej zasady. Proste, uczciwe i bez dyskusji. Masz iść, jeść, pić, wysuszyć rzeczy, rozbić namiot, przetrwać noc, złowić rybę. A „problemy cywilizacji”, nie miały dostępu do twojej głowy. Bezludzie robi z człowiekiem coś niesamowitego: daje mu ciszę w środku. Dlatego zamiast entuzjazmu miałem w sobie smutek i żal, że zaraz to wszystko zostanie mi zabrane. A powróci rzeczywistość i te rozmowy „o niczym”, pośpiech, sprawy „na wczoraj”. Ten dobrze znany ciężar, który człowiek nosi na głowie, a nie na plecach.
- To odejście ze świata, w którym było, wciąż jeszcze, słychać prawdziwy rytm serca Natury. Kiedyś tak bliski człowiekowi. Świata, który, zawsze, oferuje nam wolność oraz to, co proste i piękne…
- Tak, dlatego te nasze odczucia. To było paradoksalne, bo przez pół wyprawy myślałem o jednym: gorący prysznic. Nie jako luksus tylko marzenie. Jakby gorąca woda miała zmyć nie tylko brud i torf, ale cały trud, chłód i zmęczenie. Czułem, że prysznic będzie jak święto i nagroda. Tylko że, gdy naprawdę przyszło zakończenie, zrozumiałem coś zaskakującego. Najbardziej nie tęskniłem za jedzeniem, wygodą czy łóżkiem. Największa tęsknota była za tym światem, który właśnie opuszczałem. Za tym, że wszystko było proste. Że każdy dzień miał sens, bo był zbudowany z ruchu, Natury i ciszy. Człowiek wstawał nie po to, żeby „ogarnąć życie”, tylko po to, żeby iść dalej i to wystarczało. W ostatnich minutach czułem się trochę jak ktoś, kto wraca z miejsca, w którym pierwszy raz od dawna oddychał pełną piersią. I nagle ma wrócić do przestrzeni, gdzie oddycha się szybciej, płycej i ciągle „w biegu”. To była radość bez fajerwerków. Zwycięstwo bez triumfu. I smutek, że kończy się coś pięknego, dzikiego i prawdziwego. Bo w głowie już miałem prysznic…ale serce jeszcze zostało na szlaku.
- Taka przygoda człowieka i fascynuje, i zatrzymuje… Ale po tym wszystkim – już bezkolizyjnie – był finał tej forsownej podróży?
- (śmiech) Niezupełnie tak bezkolizyjnie. Noc spędziliśmy w Kangerlussuaq, to dawna baza wojskowa USA. Obecnie ma 500 mieszkańców i tam znali nas już wszyscy. Mieliśmy prosty plan „ogarnąć się”, wziąć oddech po szlaku i ruszyć na wycieczkę pod lodowiec Russella. Miało być rowerowo, aktywnie po marszu. Ale Grenlandia miała na nas „własny pomysł” – pogoda zaczęła urządzać swoje przedstawienie, a człowiek z wypożyczalni rowerów nie dotarł. Pozostał więc samochód, szybki transfer, mniej wysiłku, ale z tą świadomością, że tu nigdy nie jesteś do końca panem planu. Tu zawsze wygrywa Natura.
- Czy widok lodowca zrekompensował wam tę mozolną wędrówkę przez bezdroża i mokradła, przemoczone ubrania, ciężkie przeprawy przez rzeki i lodowate kąpiele?
- O tak! Kiedy dotarliśmy pod lodowiec, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Przed nami majestatyczna, około sześćdziesięciometrowa ściana błękitnego lodu, twarda, surowa, niemal nierealna. Ten odcień niebieskiego to kolor, który się pojawia tylko w miejscach, gdzie są lodowce. I wtedy uderza cię druga myśl, że to coś naprawdę spektakularnego, metafizycznego, linia styku krainy lodu, wstęp do lądolodu Grenlandii. Jakbyś stał na progu kontynentalnej pamięci Ziemi.
W tle szumiał wodospad powstający z wód roztopowych. Taki paradoksalny dźwięk, piękny, żywy, kojący… a jednocześnie będący znakiem, że ten kolos oddaje wodę, że się zmienia, że topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody. I ten wiatr. Wiał tak, że trudno go opisać. To nie był podmuch, ale coś, co człowieka dociskało, odcinało słowa, przeganiało myśli. A lodowiec co jakiś czas pękał i wydawał dźwięki, które brzmiały jak z horroru. Jakby ziemia pod spodem pracowała. W takich chwilach czujesz się mały do granic śmieszności. Malutki, wciśnięty pomiędzy wiatr, skały i ścianę lodu, która pamięta czasy, gdy człowieka tu nawet nie było.
- Dotyk wieczności, który pewnie już zawsze pozostanie w pamięci serca i będzie towarzyszył codzienności…
- To było niezapomniane! Patrzyłem na tę grę kolorów, w głowie pozostał jeden obraz, który wraca mi do dziś. Fioletowe kwiaty rosnące w tym surowym klimacie, a za nimi lodowiec. Jakby dwa światy na jednej fotografii. Życie, które jest delikatne, a jednak uparte. I tło, które jest ogromne i zimne. Niesamowita perspektywa. Kadr, który nie potrzebuje filtra. Tam prawie nie rozmawialiśmy. Pogoda temu nie sprzyjała, ale też każdy z nas był w swoim wnętrzu. Lodowiec nie zachęca do gadania. Lodowiec zmusza do myślenia.
- I zapewne to były myśli z gatunków tych raczej „niewesołych”…
- Raczej tak. U mnie to zamieniło się w rozważania o przemijaniu. Bo stałem przed czymś, co znika. Lodowiec zanika. To fakt, nie metafora. Najtrudniejszy był smutek. Taki prawdziwy. Bo w pewnym momencie dochodzi do ciebie, że część tych zmian to nie „przypadek”. Że swój udział ma nasz konsumpcjonizm, chęć posiadania, wygoda, szybkie życie, ten automatyzm, kupić, zużyć, wyrzucić, zapomnieć…
Pomyślałem, że chcę zobaczyć ich jak najwięcej, póki jeszcze są. Że tych zmian już nie cofniemy. Że pod tym lodem kryje się świat, którego nie znamy, ziemia, skały, być może dawne ślady. I że gdy ten lód stopnieje, morza i oceany będą się podnosić, kraje będą mieć problemy, gatunki będą znikać. A jednocześnie, patrząc na te kwiaty, można było poczuć coś jeszcze, że Natura nie znosi pustki. Że gdy jedno odejdzie, urodzi się coś nowego. Tylko pytanie brzmi, czy to „nowe” będzie równie dobre dla nas i dla tego, co dziś nazywamy domem…?
- Spełnione marzenie z gorzkimi refleksjami w prezencie? Te ulotne momenty zanurzenia w Naturę odkrywają uniwersalne prawdy, które już dawno temu zostały zapomniane przez nasz „cywilizowany” świat…
- Tak, było też coś bardzo osobistego i bardzo prostego, spełniałem marzenie z dzieciństwa. Stałem przy lądolodzie Grenlandii. Byłem w miejscu, które wcześniej istniało dla mnie jako legenda, opisy z książek i mapa w głowie. Widziałem Inuitów, widziałem inny świat, dotknąłem tej ziemi dosłownie. Dlatego podróże są tak niezwykłe. Kształcą, ale zawsze powinny mieć w sobie szacunek do Natury i lokalnych społeczności. Integracja, ciekawość, pokora.
Najbardziej gorzkie w tym wszystkim było to, że my o tym potrafimy myśleć właśnie tam, przy lodowcu, w wietrze, w surowej prawdzie Natury, a potem wracamy do codzienności i znowu giniemy w swoim świecie. Człowiek człowiekowi wilkiem. Przestajemy rozmawiać. Nie słuchamy się. Zamykamy w swoich bańkach i sprawach. A przecież te miejsca uczą czegoś dokładnie odwrotnego, że jesteśmy częścią całości, nie centrum wszechświata.
- To była nauka płynąca z „zimnej, dzikiej i niecywilizowanej” Krainy Lodu?
- Lodowiec Russella nie dał mi tylko widoku. Dał mi lekcję. Że wszystko przemija. Że piękno bywa ostatnim ostrzeżeniem. I że jedyne, co możemy zrobić, to patrzeć na świat uważniej, z mniejszą pychą, większą pokorą i większym szacunkiem. Bo stojąc tam, w wietrze i huku pękającego lodu, człowiek nie ma wątpliwości co do jednego – świat jest niewyobrażalnie piękny… i wcale nie potrzebuje nas, żeby trwać.
Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran
XIII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie 2026 - największa impreza seniorska w Europie!
Napisał Wojciech Szota
Stowarzyszenie Manko – Głos Seniora oraz Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego
z radością zapraszają na XIII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie. Wydarzenie odbędzie się
19 czerwca 2026 r. i zgromadzi ponad 8000 uczestników z ponad 200 Gmin Przyjaznych Seniorom oraz 11 państw.
Międzynarodowe Senioralia w Krakowie to największa impreza seniorska w Europie, która przyciąga członków rad seniorów, uniwersytetów trzeciego wieku, organizacji seniorskich, instytucji publicznych, społecznych i prywatnych oraz przedstawicieli władz samorządowych z całej Polski.
Wydarzenie rozpocznie się uroczystą mszą świętą w Kościele Mariackim w intencji Pogodnej Jesieni Życia, po której uczestnicy w barwnym pochodzie pn. SENIOR MA MOC, na czele z Mistrzem Sobiesławem Zasadą (95 lat), udadzą się do Parku im. Henryka Jordana. Na miejscu czeka na nich scena bogata w program edukacyjno - rozrywkowy. Przewidziano wykłady na temat zdrowia, bezpieczeństwa, prawa, ekonomii oraz aktywizacji seniorów. Uczestnicy będą mogli skorzystać z bezpłatnych badań i porad lekarskich, w tym badań kardiologicznych, ciśnienia, słuchu, wzroku, poziomu cukru we krwi oraz pomiaru masy ciała.
W strefie „Bezpieczny Senior – Stop Manipulacji, nie daj się oszukać” seniorzy dowiedzą się jak unikać oszustw. Na Senioraliach obecne będą firmy honorujące Ogólnopolską Kartę Seniora, w tym ośrodki wypoczynkowo - rehabilitacyjne, uzdrowiska, sanatoria oraz stoiska z lokalnymi wyrobami z całej Polski.
W strefie gastronomicznej na uczestników czekać będą potrawy przygotowane przez Koła Gospodyń Wiejskich oraz grill.
Nie zabraknie również części sportowej i rozrywkowej. Na scenie wystąpią m.in. Magdalena Suruło, Krzysztof Bigaj oraz Alexander Martinez.
Odbędą się także koncerty gwiazd wydarzenia – WOJCIECHA GĄSSOWSKIEGO i MARIUSZA KALAGI, a także największy w Polsce Pokaz Mody Stylowych Seniorów – ponad 150 laureatów ogólnopolskiego konkursu Głosu Seniora oraz Sanatorium Miłości. Zakończenie wydarzenia uświetni impreza integracyjna prowadzona przez światowej sławy DJ Wikę, najstarszą DJ-kę Europy.
IMPREZY TOWARZYSZĄCE: 18.06 (czwartek) i 20.06 (sobota)
REJSY TANECZNE PO WIŚLE Z GŁOSEM SENIORA – 18.06.2026 r.
Szczegóły oraz zgłoszenia pod adresem email: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript., Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. oraz tel.: 12 429 37 28
MIĘDZYPOKOLENIOWY MARSZOBIEG PO ZDROWIE – 20.06.2026 r.
W ramach senioraliów zapraszamy Państwa także do udziału w Międzypokoleniowym Marszobiegu po Zdrowie im. dr. Krzysztofa Czarnobilskiego, który odbędzie się 20 czerwca o godz. 11:00 w Parku Jordana (spotkanie przy Jordanówce).
Dla uczestników przewidziano certyfikaty, a dla laureatów puchary. Serdecznie zapraszamy.
Organizator: Stowarzyszenie MANKO – Głos Seniora oraz Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego
Partner główny wydarzenia: Województwo Małopolskie
Gospodarz: Miasto Kraków
Partnerzy strategiczni: Fundacja Zróbmy Sobie Kraków, Audika Polska, Adamed dla Seniora, Fresubin – Żywienie ma znaczenie, Fundacja Ziko dla Zdrowia
Współfinansowanie:
Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego: Sfinansowano ze środków Narodowy Instytut Wolności - Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Fundusz Inicjatyw Obywatelskich NOWEFIO na lata 2021–2030.
Stowarzyszenie MANKO: Sfinansowano ze środków Narodowy Instytut Wolności - Centrum Rozwoju Społeczeństwa Obywatelskiego w ramach Rządowego Programu Rozwoju Organizacji Obywatelskich na lata 2018–2030.
Więcej informacji na:
Stronie internetowej: https://glosseniora.pl/xiii-miedzynarodowe-senioralia-w-krakowie/
Stronie wydarzenia XIII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie na Facebooku:
https://www.facebook.com/events/1611975669847228
STOWARZYSZENIE MANKO działa już 28 lat. Od 6 lat prowadzi swoje przedsiębiorstwo społeczne pn. Międzynarodowy Instytut Rozwoju Społecznego sp. zoo non-profit. Misja organizacji to zmiana świata na lepszy m.in poprzez edukacyjne kampanie społeczne i wartości tj. wolność słowa, świadomość zdrowotna, prawna, ekologiczna i obywatelska, umiejętność samodzielnego myślenia. Do tej pory były to kampanie, tj.: Lokal Bez Papierosa, Polska Bez dymu, Nie pal przy dziecku, Palenie jest słabe – które doprowadziły do zakazu palenia tytoniu w miejscach publicznych zmniejszając ilość zgonów z powodu biernego palenia w Polsce. Następnie były to także kampanie związane z HIV/AIDS: RyzyKochania, Przetestuj się, Pigułkami gwałtu - Pilnuj drinka czy ekologiczne tj. Eko-Segregacja.
POLITYKA SENIORALNA Od 18 lat zajmujemy się polityką senioralną – edukacją, aktywizacją i obroną praw osób starszych, a także przeciwdziałaniem wykluczeniu cyfrowemu, językowemu, ekonomicznemu i infrastrukturalnemu. Poprzez nasze liczne narzędzia i projekty docieramy rocznie do 2 milionów seniorów, co czyni nas liderem wśród NGO, jeśli chodzi o zasięg i dotarcie do osób 60+ w Polsce i za granicą.
Nasze działania w obszarze polityki senioralnej rozpoczęliśmy już w roku 2012 ze wsparciem i pod patronatem Władysława Kosiniaka-Kamysza, ówczesnego ministra Pracy i Polityki Społecznej. Z jego poparciem powstał wtedy Ogólnopolski Magazyn Głos Seniora, Program Ogólnopolska Karta Seniora, a także zorganizowaliśmy z Jego udziałem pierwsze Ogólnopolskie Senioralia w Krakowie. Od tamtego czasu przeprowadziliśmy wiele skutecznych działań i kampanii, które zostały docenione wieloma nagrodami i wyróżnieniami.
Obecnie możemy pochwalić się wydaniem już 81 numerów Magazynu Głosu Seniora (nakład min. 35 tys. sztuk). Ogólnopolską Kartę Seniora posiada już 700 tys. seniorów, a honoruje ją 5200 firm w całej Polsce. Do Programu Gmina Przyjazna Seniorom przystąpiło już 360 samorządów, a XII Międzynarodowe Senioralia w Krakowie okazały się największym wydarzeniem seniorskim w Europie. Wzięło w nich udział ponad 7000 seniorów ze 135 miast oraz 10 państw (polonijni seniorzy).
Od 8 lat prowadzimy także kampanię BEZPIECZNY SENIOR – Stop Manipulacji – Nie daj się oszukać oraz inne takie jak: Zażywaj leki bezpiecznie, Szkoła Przyjazna Seniorom, Poznaj swojego Sąsiada Seniora, Noś Odblaski i Żyj – Bezpiecznie – Stylowo - Odblaskowo, Głos Seniora TV oraz Obywatelski Głos Seniora. Poprzez nasze liczne kampanie i projekty docieramy rocznie do 2 mln seniorów, 600 organizacji pozarządowych i jesteśmy obecni na ponad 100 wydarzeniach dla seniorów w Polsce.
Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody - część II. Przez bezdroża za marzeniami. Arctic Circle Trail – adres fascynującej wyprawy
Napisał Wojciech Szota
Słychać wzmagający się szum. Szlak przez bezdroża tonie w strugach deszczu. To drugi tak ulewny dzień. Grupa wędrowców wytrwale brnie dalej po grząskim podłożu. Na twarzy jednej z dziewczyn widać już wielkie znużenie i ogromną desperację. - I kolejna migawka filmu: świetlista tafla błękitnego jeziora, czysta i nieskazitelna, niezmącona najmniejszą falą. Niczym magiczne lustro. Na nim płynące łódki kanu z wioślarzami. Dystans na dziś: 19,7 km. Ujęcie się zmienia. Widać mozolną przeprawę piechurów przez rwący nurt rzeki. Ostrożnie i powoli stawiają kroki na nierównym gruncie, pośród rzecznych kamieni. Uwagę natychmiast przykuwają szczupłe, drobne kobiety, z potężnymi plecakami, które – momentami – wydają się znacznie przewyższać rozmiarami swoje właścicielki.
Bezkres i cisza
Co jest tak fantastyczne? Bezkres i ta przejmująca cisza! Na Grenlandii, idąc przez 160 km, nie widzieliście żadnego domu, samochodu, samolotu, torów kolejowych. Dlatego jest pięknie! Bo to Natura, która nie została przekształcona przez człowieka – mówił Mateusz Albrycht, z zawodu leśnik, pasjonat Natury, ornitologii i podróży, prezentując młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej, nagrania i slajdy z arktycznej letniej wyprawy, uderzająco „inne” od klasycznych wakacyjnych wspomnień. Zniewalający horyzont, żywe barwy i zew dzikości dookoła.
- Szliśmy dwunastoosobową ekipą, siedem pań i pięciu panów. I one też niosły, tak samo jak my, 20-kilogramowe plecaki. Bo tam były: ubrania, śpiwory, jedzenie, wszystko – słychać wyjaśnienia. - Najciekawsze mieliśmy przeprawy przez rzeki, było ich z dziesięć. Najwięcej wody – po pas, rwące potoki. Woda sakramencko zimna. Gdy zrobiliście krok do wody, od razu było czuć, jak wam się wbijają takie igiełki w stopy. Ale niestety, jak tego nie przejdziesz, dalej nie idziesz. To zakładasz buty, ja miałem kroksy, ktoś sandały i powolutku brniesz przez wodę. Największym problemem na szlaku nie były wysokie podejścia i zejścia, ale to, że tam jest cały czas mokro, torf i bagno. Trzeba, na nierównym terenie, ciągle się przedzierać w wodzie po kolana. Jak sobie poradziłem? Eksperymentalnie, kupiłem skarpetki z membraną, nieprzemakające. I to był strzał w dziesiątkę! Kurtki przeciwdeszczowe - 8 godzin opadów i jej nie ma, człowiek cały mokry. Buty przemoczone po dwóch dniach, a skarpetki nie przemokły przez cały wyjazd.
Dwa dni spaliśmy w takim domku – na prezentacji widać pustkowie i mały niepozorny czerwony budynek. - Gdy Inuici jeżdżą swoimi zaprzęgami, myśliwi, jak polują, to się tam zatrzymują. Głównie jednak nocowaliśmy w namiotach, śpiwór musiał być do temperatur minusowych, bo nocą dwa razy mieliśmy do – 5 stopni. A tu nasze śniadanko w postaci jajecznicy… w proszku. - Na filmie oglądamy podręczną kuchnię polową i krzątające się wokół niej osoby. - Tak sobie gotowaliśmy, mamy kuchenkę, garnuszek, rozrabiamy wodę, zalewamy i jemy. Mieliśmy dużo orzechów, batonów smakowych, liofilizaty, elektrolity, energetyczne wysokotłuszczowe racje kryzysowe. To nasza porcja żywieniowa, musieliśmy jeść ok. 3,5 - 3,8 tys. kalorii dziennie, spalaliśmy 6 300 kalorii, a więc cały czas był deficyt, wróciłem 10 kg lżejszy.
Przeszliśmy 145 km na nogach, ok. 20 km dziennie i 19 km przepłynęliśmy kanu. Zeszło nam 9 dni marszu, mieliśmy 3 dni zapasu trasy, ale wykorzystaliśmy tylko jeden z nich. Podróż była wymagająca, najpierw z Polski trzeba się dostać do Danii, do Kopenhagi. Dopiero stamtąd dotarliśmy do Nuuk, stolicy Grenlandii, potem do Sisimiut, gdzie zaczynał się szlak: Arctic Circle Trail. On ma długość165 km, łączy miejscowości Kangerlussuaq z Sisimiut – tłumaczy podróżnik. - To jedna z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która wiedzie przez dzikie krajobrazy Grenlandii. Rocznie przemierza ją tylko ok. 1500 osób z całego świata, ale dzięki temu spokojnie można podziwiać to piękno dookoła. Dlatego wybrałem ten kierunek. Moim marzeniem z dzieciństwa było, aby zobaczyć tę niedostępną krainę, i „Eskimosa” też. Poza tym, fascynuje mnie bezkresna przestrzeń, dzika przyroda, pociąga przygoda i trudność takiej wyprawy oraz brak turystycznych tłumów dookoła. I jest oczywiście jeszcze miłość do lodowców, które uważam za najpiękniejsze oblicze Natury.
Ten szlak przebiega przez obszar wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO, który od ponad 4200 lat, jest ważnym terenem łowieckim Inuitów, rdzennych mieszkańców. Zaczyna się on od jednego wybrzeża i dochodzi do lądolodu, pokrywającego 80% tej wyspy. Byliśmy tam w lipcu, czyli mieliśmy dzień polarny, nigdy nie było ciemno. Białe noce i cały czas słońce. To było dla nas bardzo dobre, bo szlak jest bardzo trudny, pogoda też, i ciężka do przewidzenia. Trasa nie jest dobrze oznaczona, szliśmy po GPS-e. Trzeba było brać pod uwagę uwarunkowania terenowe. Na naszym szlaku były nie tylko bagna, rozlewiska, ale i rwące potoki, bo bardziej zaczęły się topić lodowce.
Na filmie widać surową scenerię i stado psów ciągnących sanie. - Tak wygląda zaprzęg zimowy, one ciągną sanie z Inuitem, obłożony jest tymi futrami. Dużo widzieliśmy sań rozbitych na trasie. Wypadki też się zdarzają. I psy tam nie mieszkają w domach. Jeśli rodzina ma sforę 12–15 osobników, które ciągną zimą zaprzęg, to trzymane są dalej od domu, bo szczekają, wyją, przenoszą choroby. O, widzicie te przestrzenie, możecie patrzeć i patrzeć... tylko przyroda i przestrzeń – na fotografiach widać rozległy bezkres, pełen intensywnych barw, a w tle domek i jezioro. - Mieszkaliśmy nad tym jeziorem i w nim się kąpaliśmy. I jeśli ktoś nie lubi zimnej wody, to kąpiel w tym jeziorze była... no tragicznie ciężka. Było strasznie zimno. Szło się przyzwyczaić, potem, jak już się wychodziło, było ciepło, i można było – jak tu zaprezentowany Kuba – chodzić w samych bokserkach i nie było problemu.
Jak jednak widać po osobach słuchających, które aż się otrzepują na myśl o tej „kąpieli”, pewien problem by jednak mógł być…
Urocza lodówka i święty nur z horrorów
- Tu mieliśmy niespodziankę przy przeprawie – prelegent zatrzymuje się przy kolejnej fotografii, na której można dostrzec piechura, który walczy z wyjątkowo niegościnnym podłożem. - W dolinie, po zimie, rzeka wylała, pozostawiając po sobie bagna. I mogę powiedzieć, że te oblepione buty ważyły nam 10 kg więcej. Potem, pojawiały się kolejne slajdy z niezwykłymi krajobrazami, wędrowcami pośród dziewiczej Natury i ryzykownymi ścieżkami.
- A to już lodówka – mówi pan Mateusz do młodzieży, prezentując – ku pewnej konsternacji widowni – zdjęcie… kaczki. One w Polsce pokazują się w okresie zimowym, tam można je było zobaczyć w miejscu lęgowym, w ich naturalnym środowisku. - Lodówka wygląda uroczo. W ciemnym tonie, z małą wdzięczną główką i krótkim dziobem.
- To śpiący w scenerii arktycznej szlachar – na fotografii widać też kaczkę, ale tym razem w wersji… rockowej, z irokezem na głowie. - Ona ma taki piłkowany dziobek, który umożliwia jej łapanie małych ryb. W Polsce występują przelotnie, na Pomorzu. To zaś wełnianka, roślina typowo związana z bagnami.
Tu, odziana w letnią brązową szatę, bo zimą jest w kolorze śniegu – pardwa górska. Jak się przystosowała do życia na Grenlandii? Nie ucieka, bo nie umie szybko latać, a więc… zapada w bezruch, zlewa się z tłem i trudno ją wypatrzeć. To zaś zając – bielak – tak samo jak pardwa zmienia kolor, latem jest brązowy, a zimą biały. A tu mamy, przeskakującą białorzytkę, występuje też w Polsce, tam dość popularna. - Na zdjęciu widać nieduży skrzydlaty okaz z wpadającym w oko, efektownym białym… kuprem.
(Dodać tu należy, że ten ptak jest dobrze znany miłośnikom... języka polskiego. To jeden z „solistów”, reprezentujący „trio ortograficzne” na narodowym dyktandzie, w składzie: białorzytka – gżegżółka (dawna nazwa kukułki) – kszyk (bekas). Uwaga! Istnieje też forma Grzegrzółki – to miejscowość na Pojezierzu Mazurskim – przyp. red.).
To zaś ptak dalekiej tundry, polował na komary, które żyły sobie w tych jeziorkach, w Polsce też spotykany na przelotach – Płatkonóg szydłodzioby. - Okaz bardzo ciekawy, bo to samica ma bardziej kolorowe ubarwienie od samca, a zazwyczaj jest na odwrót. Co więcej, samica składa jaja, ale to samiec musi je wysiadywać.
Hmm… I proszę, niby biegun, a równouprawnienie też dotarło…
- A to? Co może żyć na Grenlandii i tak wyglądać? – pada pytanie do sali.
- To łoś – słychać nieśmiało.
- To karibu, duże zwierzę, podobne do naszego jelenia, łosia. Tam się na nie poluje. - A to, co wam przypomina? Wśród młodzieży spora dezorientacja. - Na fotografii widać taką pomniejszą wersję polskiego żubra, ale na hipisowską modłę, z długim włosem, sierścią. - To wół piżmowy – objaśnia pan Mateusz. - Typowy ssak żyjący w Arktyce, jego skóra, futro, jest bardzo ciepłe, a więc często używane przez Inuitów, np. jako koce w saniach.
- A tu przepiękny ptak – nur lodowiec – arktyczny gatunek, w Polsce rzadko spotykany, to typowa szata godowa samca, tam można było je obserwować. Najpiękniejsze co jest w całej Arktyce to, że jest tam niezwykle cicho, żadnego zanieczyszczenia hałasem. Nikt nie trąbił, brak warczących silników, głośnej muzyki. Było tak cicho, że…w uszach, aż piszczy z tej ciszy. A jedyny głos, przenikający na wskroś Arktykę, to był głos nurów lodowców, naprawdę… spektakularny.
Istotnie, każdy, kto posłucha dźwięków, jakie wydaje nur, potwierdzi, że są one… kosmiczne. To zjawiskowy, metafizyczny święty ptak rodem z… horrorów. Raz usłyszany, pozostaje niezapomniany. Jego głos przyprawia o dreszcze, bo potrafi zawodzić jękliwie, pohukiwać, jodłować, a nawet… chichotać. Przez plemiona znad Jeniseju był uznawany za świętego, bo to właśnie on w czasie potopu miał wydobyć z toni błoto, które stało się początkiem lądów. Ptak szamanów. Skrzydlaty bohater powieści mrożących krew w żyłach, jak horrory Stephana Kinga, gdzie jego nieziemski głos idealnie buduje atmosferę grozy. Świetny pływak, doskonały nurek, który potrafi zgłębiać toń do 60 metrów. Jego wizerunek jest symbolem stanu Minnesota, widnieje też na kanadyjskich monetach jednodolarowych.
Kochajmy lodowce…
Na kolejnych slajdach prezentowanych młodzieży, już główny bohater. Potężny Lodowiec.
- Dotarliśmy do Kanagerllusaq, doszliśmy do czapy Lodowca Russella. To jedyny lodowiec w głębi lądu, który posiada potężną ścianę – od 20 do 60 m – i kiedyś ona była dużo większa, a ciągnie się na odległości wielu kilometrów. Zrobił na mnie ogromne wrażenie, czujecie od niego tę wielkość, chłód i te fioletowe kwiatki, które tam kwitły, zobaczcie… – mówił podróżnik, prezentując niezwykłe zdjęcia i dodając z zachwytem: Lodowce są cudowne, to dla mnie jedna z piękniejszych rzeczy, jaką widziałem w życiu! Stoicie, panuje głucha cisza Arktyki i go słyszycie. Wszystko strzela, obrywa się bryła lodu, ogromny huk. Cudowna paleta barw: słońce i błękit, niebieski głęboki, granat, szary, biały.
Kiedyś ten lodowiec był tak wysoki, że tej góry, która jest z tyłu, nie było widać. Teraz bardzo zmniejszył swą objętość. Wyobraźcie sobie, że ta czapa, która stanowi 80% tego lądu latem, w 40% ona się topi w jednym momencie. Co w tym złego? Lodowiec jest biały, niebieski i ma kolory, które odbijają światło. Natomiast, gdy on się topi, odsłania kolejne połacie ziemi, które są ciemne, absorbują światło, czyli je pochłaniają, i oddają to ciepło, powodując jeszcze intensywniejsze topnienie tych lodowców. Niestety, zmiany klimatu są tam bardzo widoczne. Kochajmy lodowce, tak szybko odchodzą...
Na sali było cicho, wszyscy zasłuchani i chyba trochę duchem na dalekiej Północy. A potem już były podziękowania i brawa za tę klimatyczną i pouczającą opowieść, która nas zatrzymuje i sprawia, że zostajemy sam na sam z wieloma trudnymi pytaniami.
- Ja już wreszcie mogę sobie wyobrazić, jak to miejsce wygląda naprawdę, bo tak w podręczniku, to wiem tylko, że jest zimno i jest lodowiec. To niezwykłe historie, zdjęcia i filmy – mówiła jedna z uczestniczek spotkania, dodając: - Na co dzień jesteśmy przeboćcowani, hałasy, szumy, sytuacje, to ciągle gniecie nasz układ nerwowy. A tu, nawet wczucie się w ten klimat, krajobraz, to rodzaj takiego wspaniałego wytchnienia...
Podróże z refleksją
Serce Krainy Lodu
To, co zobaczyliśmy i usłyszeliśmy, wydawało się pozostawiać uczestników spotkania w Bursie Szkolnej jeszcze w pewnej ciekawości i niedosycie. Bo jak naprawdę odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Co się dzieje z człowiekiem, gdy nagle na bezdrożach zostaje całkowicie odcięty od cywilizacji? Czy może poczuć ten pradawny „zew wolności” pośród nieskażonej Natury? Jak odnaleźć siebie na Grenlandii? Czy taka podróż zmienia spojrzenie na życie? Jak ustawia nasze „priorytety”? Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle.
Żegnaj cywilizacjo!
- A teraz spróbujmy otworzyć magiczne drzwi do szafy i znaleźć się duchem, i sercem w odległej Arktycznej Narnii – Grenlandii. Większość z nas zapewne nigdy fizycznie nie dotrze do tych dzikich zakątków, a więc postarajmy się, by nasza opowieść miała taką barwę i ton, aby dla każdego urzeczywistnił się sen o Arctic Circle Trial. Powróćmy na szlak…
Kraina Lodu. Miasto Sisimiut – „tam, gdzie mieszkają lisy”. Brama do królestwa Natury, gdzie majestatyczne lodowce suną ku morzu, z głębin wynurzają się potężne czarne grzbiety wielorybów, a ośnieżone góry kuszą obietnicą arktycznej przygody. Na tle wysokich szczytów, ułożone jak do snu, bajecznie kolorowe domki, przytulone do skał nad oceanem, przywołują na myśl nierealny zaczarowany świat.
To był 4 lipca 2025 roku, gdy przygoda zapukała do drzwi. Za oknem nieprzyzwoicie pięknie: niebieskie niebo, krystaliczne powietrze, temperatura lekko powyżej zera. I ten chłód, który ostrzy zmysły. Powietrze, jakość „premium” – wspomina z uśmiechem Mateusz Albrycht. - Ten dzień aż pachniał… końcem pewnej epoki. To było rozstanie z przytulnym hotelem, łóżkiem bez kamieni w plecach, ostatnie takie śniadanie. Nasze pożegnanie z cywilizacją. Siedzieliśmy we trójkę przy stole, w przytulnym wnętrzu jadalni hotelowej, która wyglądała jak małe muzeum Grenlandii z porozwieszanymi dookoła foczymi skórami i rozmawialiśmy, o tym co nas czeka, wiedząc, że tu „piękno” ma swoją cenę i my ją zapłacimy. Analizowaliśmy temat ryb i licencji na ich połów. Moim cichym marzeniem było przyrządzanie grenlandzkiej ryby, dlatego trzeba było tu poznać wszystkie zasady. Najważniejsze podczas wypraw jest poszanowanie lokalnych zasad, rytuałów i kultury.
- Czy pojawiła się niepewność, ten „gryzący” niepokój u progu takiej wyprawy, właściwie, na koniec świata?
- Jest oczywiście lekki stres, w tle to kłujące poczucie, że właśnie naciskasz „start” w rzeczywistości, której nie da się wyłączyć. Po śniadaniu wróciliśmy do pokoju na ostatnie dopięcie logistyki. Plecak wyglądał jeszcze niewinnie, dopóki nie założyło się go na plecy. Dwadzieścia kilogramów, niby tylko cyfra. Ale potem ona nagle staje się mocno realna i zaczyna mówić do ciała bardzo dosadnym językiem. Po wyjściu z hotelu, dołączyliśmy do pozostałej części grupy, ostatnie informacje, spojrzenia na telefony, ze świadomością, że za chwilę staną się one bezużyteczne. Bo kończy się świat wygody i zaczyna ten, w którym liczy się pogoda, woda, siła w nogach i to, czy umiesz rozsądnie myśleć.
- Pierwsze kroki w nowym świecie? - Stawialiśmy w cudownych nastrojach, mijaliśmy bloki, uliczki, ludzi zajętych porankiem. Po drodze zobaczyliśmy mural z nurem lodowcem, obraz, który wyglądał jak symbol, cudownej więzi Natury i mieszkańców wyspy. Hałas ustępował, przestrzeń się otwierała, a cisza robiła się coraz gęstsza. Powietrze było tak czyste, że człowiek miał ochotę je zachować na później w butelce (śmiech). - Wtedy jednak nastroje się zmieniły, bo dotarliśmy do „miasta psów”, czyli przestrzeni, gdzie psy zaprzęgowe spędzają swoje życie. Szczeniaki podbiegały do nas z takim entuzjazmem, że dały nam energię. Taki mały zastrzyk miękkiej radości na twardym starcie. Tylko ona miała i drugie dno. Bo warunki były dla nich surowe: żadnych kojców jak u nas, żadnych porządnych bud, tylko prowizoryczne schronienia, psy na łańcuchach, rybny zapach jedzenia w powietrzu. W grupie odezwało się sporo cichych myśli, bo większość z nas ma swoje psy i dobrze wiemy, jak wygląda „ciepły dom”. Rozmawialiśmy o tym, ale bez oceniania, a z refleksją, że: świat jest różny, kultura jest różna, a my tu jesteśmy tylko gośćmi.
Za psią osadą weszliśmy na szutrową drogę i z każdym kilometrem krajobraz robił się bardziej arktyczny, surowy, ale i bardziej hipnotyzujący. Pogoda była bajkowa, dosłownie ładowała baterie. Słońce podnosiło morale jak… – wahanie w głosie – mocne espresso w poniedziałek rano. Szuter się kończył, ślady cywilizacji ustępowały. Została Natura. Jeziora z topniejącego śniegu, góry, bezkresna przestrzeń. Kwiaty, które kwitły tak intensywnie jak na krótkim urlopie życia „pięć minut i koniec”. W uszach panowała głucha cisza, przerywana tylko ptasimi śpiewami śnieguły i podświerki. Przy pierwszym jeziorku z krystaliczną wodą zrobiliśmy przerwę. Uzupełnialiśmy płyny. Woda była wszędzie, w potokach, strumieniach, mokradłach. W podłożu czuć było wodę: bagno, podmokłe miejsca. Fantastyczne tereny torfowe, skały, zieleń, surowość. Bażyna czarna, bagno arktyczne. Człowiek idzie i wie, że to nie jest scenografia. To Natura, która ma tu władzę, taki krajobraz, co resetuje głowę.
- Tworzyliście drużynę, ale właściwie wcześniej się nie znaliście?
- Tak, szliśmy razem, rozmawialiśmy i poznawaliśmy się, bo wielu z nas widziało się pierwszy raz. To jest zawsze ciekawy proces: człowiek z obcymi ludźmi wchodzi w teren, który wymaga zaufania. I nagle rozmowy robią się szybsze, prawdziwsze, bardziej konkretne. Bo tu nie ma miejsca na pozory. W trasie każdy szybko pokazuje, kim jest. Przestaliśmy być niedzielnymi turystami, zaczęliśmy być grupą, przed którą stoi wyzwanie. Działa ta klasyczna wyprawowa struktura organizacja marszu. Kuba jako organizator nadawał ton. Kto idzie z przodu, kto zamyka, co ile przerwa, kiedy obiad, jakie tempo.
I po kilku godzinach wydarzyło się coś, co zawsze mnie fascynuje: człowiek odcina głowę od świata. Przestajesz myśleć o rzeczach, które normalnie zjadają dzień. Zostaje tylko „tu i teraz”. Natura dyktuje rytm. Nagle ważne jest, czy masz suchą skarpetę, energię na kolejny pagórek, czy dasz radę przejść strumień bez dramatu. Ta pierwsza przeprawa przez lodowatą wodę była prawdziwym rytuałem inicjacji (śmiech). - Ściąganie spodni, butów, skarpet, wejście w lodowaty nurt. Z początku ekscytacja, adrenalina, śmiech, te wszystkie: „ooo!” i „zimne jak diabli!”. Potem to zaczęło wchodzić w tryb codzienności. Pomagaliśmy sobie, podawaliśmy ręce, pilnowaliśmy się nawzajem, żeby nikt nie zrobił głupoty.
- Właśnie, tak niezwykła wyprawa musi mieć niezwykłych organizatorów?
- (uśmiech) Tak, są wyjątkowi! To Marta i Kuba. Taki „energetyczny duet” z Naturą i przygodą we krwi, pływaczka z zamiłowania i reprezentant Polski w kolarstwie na orientację. Małżeństwo z pasją do podróży, które uwielbia dzikie wyprawy do miejsc, w których przyroda wiedzie prym. Organizują je po całym świecie i naprawdę robią to świetnie, bo przy takich eskapadach „z adrenaliną” w tle, nie może być pomyłek czy niedociągnięć.
Smak Arktyki
- Noclegi w Arktyce chyba miały niezapomniany smak?
- O tak! W pierwszym dniu, wieczorem, kilometr przed bazą noclegową, zatrzymaliśmy się i dosłownie padliśmy na dywan z bażyny i bagna. Nad nami był błękit nieba, dookoła cisza, fiord i jezioro. Było tak pięknie, że człowiek nie chciał się ruszać. W ramach nagrody wypiliśmy po małym łyczku ziołowego... piwa (uśmiech), symbolicznie, bez szaleństw. I stwierdziliśmy, że robimy obiad.
Kartusze poszły w ruch, gotowaliśmy wodę, zalewaliśmy liofilizaty. Były śmiechy i żarty. Pożywienie jest ważne, bo to paliwo do dalszej drogi. A potem długo leżeliśmy, patrząc w niebo i gadając. Takie rozmowy, które w normalnym świecie nie mają czasu się wydarzyć, bo ciągle coś „pilnego”. Tu pilne było tylko jedno: odpocząć i nacieszyć się chwilą. Nikt czasu nie liczył. To też luksus. Bycia tu i teraz. A dzień zakończył się fajerwerkiem. Bo gdy chcieliśmy rozbić namiot, Grenlandia zaplanowała nam coś innego. Pogoda zmieniła się o 180 stopni, zaczęło mocno wiać, zapewne, abyśmy nie mieli wątpliwości, kto tu rządzi. Porwało nam jeden z namiotów. W końcu je jednak rozstawiliśmy, napompowaliśmy maty, wyciągnęliśmy ciepłe puchowe śpiwory. Temperatura około zera.
- Ale poranek pewnie was napełnił nową, dobrą energią…
- (śmiech) No, niezupełnie. Obudził nas deszcz. Nie „kropiło”. Padało. A właściwie lało. Woda była wszędzie. Torf wciągał jak gąbka, podłoże oddychało wilgocią a strumyczki stały się rwącymi strumieniami. I końca opadu nie było widać. Prognozy były bezlitosne. O słońcu możemy zapomnieć. Jutro i przez kolejne pięć dni miało być deszczowo, wietrznie, ciężko. Wiedzieliśmy, jaka będzie pogoda, bo mieliśmy telefon satelitarny. Bez niego nie jest możliwa taka wyprawa. Dlatego, że gdyby ktoś z nas miał kontuzję, uraz nogi, nie mógł dalej iść, to on jest jedynym sposobem poinformowania o tym służb i wezwania helikoptera. I wiemy, że to się zdarzało, bo na trasie w domkach, gdzie dwa razy nocowaliśmy, znaleźliśmy „Arctic book”, taki grenlandzki dziennik podróży, gdzie każdy mógł wpisać swoje odczucia z wyprawy i w dwóch miejscach wyczytaliśmy, że był wzywany helikopter. Ten telefon to też cudowna sprawa, bo przez to, że on namierza nasze położenie, gdy wysyła się pytanie o prognozę, ona przychodzi idealnie dopasowana do naszej lokalizacji i jest w stu procentach trafna. Jak miało padać od godz.19, to padało. A my, dzięki temu, mogliśmy dokładnie wszystko planować.
- Czyli deszcz zepsuł nastrój.
- Właśnie to jest niezwykłe, ale nie. Bo mimo to, wszystko nas dalej zachwycało. Pewnie dlatego, że to było nasze pierwsze zanurzenie w prawdziwą przestrzeń Arktyki, gdy cywilizacja została z tyłu, a przed nami był tylko szlak, wiatr, woda, cisza. Ten start Arctic Circle Trail był trochę jak taka zaczarowana mikstura z naturalnych składników. Najpierw słońce, które cię oszukuje, że będzie łatwo. Potem wiatr, który cię uczy pokory. Na koniec deszcz, który sprawdza, czy naprawdę tu jesteś, czy tylko przyjechałeś się pobawić.
Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran
Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody – część I. Oddech Krainy Lodu
Napisał Wojciech Szota
12 lipca 2025 roku. Wszechogarniająca, oczyszczająca cisza spowijała cały rozległy bezkres. Nieskazitelna przestrzeń, aż po horyzont, zalana była słonecznym blaskiem, w tle wodospad toczył spiętrzone fale, a przed zdumionymi wędrowcami wznosił się majestatyczny, potężny masyw. Wysoka na sześćdziesiąt metrów, biała ściana o nieregularnych kształtach. Lodowiec Russella na Grenlandii. Zadziwiająca moc Natury i życiodajna siła planety. Jego barwy grały w jasnych promieniach dnia, migocząc i przybierając różne tony, od śnieżnobiałej i błękitnej, aż po granatową i szarą. Spojrzenia przyciągały, ufnie przytulone do siebie, ułożone na niegościnnym kamienistym podłożu, subtelne fioletowe kwiaty, kołysane gwałtownymi porywami wiatru, a tuż za nimi wznoszący się i zapierający dech: Lodowy Władca tej Krainy.
Delikatność i siła. Pokora i potęga
Po chwili, dało się słyszeć jego oddech. Trzaskający i pękający lód, osuwające się fragmenty. Ogromna bryła, spadając z hukiem, echem odbiła się od ośnieżonych ścian, przerywając arktyczną zadumę. On żył i pokazywał przybyszom swą moc. Arctic Circle Trail – oto adres tej fascynującej przygody. Jej 165-kilometrowym, ekstremalnym szlakiem trekkingowym z Sisimiut do Kangerlussuaq, wiodącym przez dziewicze i niedostępne tereny Grenlandii, pośród gór, jezior i bagien, wyruszył Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży. Niezapomniane wrażenia z tej wyprawy, będące żywą i niezwykłą lekcją geografii, opowiedział młodzieży w miechowskiej Bursie Szkolnej.
Zanim jednak wspólnie poznamy te magiczne opowieści, pochylmy się nieco głębiej nad tą odległą, i jeszcze do niedawna, zupełnie zapomnianą Krainą, ukrytą przed oczami całego świata…
Bo oto teraz, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ta wyspa jest na ustach wszystkich, będąc przedmiotem dyskusji, pertraktacji, handlu, a nawet politycznego szantażu. Przedmiotem. Sprzedać Grenlandię. Oddać Grenlandię. Przejąć Grenlandię. Zupełnie zapomnianym wydaje się, że jest ona domem dla jej mieszkańców i stanowi niezwykły „zakątek” Ziemi, gdzie jeszcze można dotknąć Natury w czystej postaci. Choć człowiek i tam odcisnął swoje niszczycielskie piętno. Wodospad, przelewający tu grzmiący nurt, to już ostatni oddech Lodowca Russella, który gwałtownie topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody.
Ta „podróż” spróbuje pokazać dwa oblicza Grenlandii. To powszechne i znane, funkcjonujące w przestrzeni medialnej, i to pierwotne, niedostrzegane i niedoceniane, dzikie, do głębi prawdziwe, dostępne tylko nielicznym.
W świecie Anaruka
Największa wyspa świata znajduje się w północnej części Oceanu Atlantyckiego, pomiędzy Ameryką Północną a Europą. To autonomiczne terytorium Danii. Ma powierzchnię ponad 2,1 miliona kilometrów kwadratowych, pokryta jest w 80% lądolodem, a grubość lodu momentami przekracza 3000 metrów. Usiana fiordami, błękitnymi zatokami i stromymi klifami. Są tu gorące źródła bijące z wnętrza ziemi, o temperaturze wody +37 st. C. Jest otoczona wodami Oceanu Atlantyckiego, Morza Grenlandzkiego, Oceanu Arktycznego i Morza Lincolna. Przez wielu z nas kojarzona ze szkolną lekturą „Anaruk – chłopiec z Grenlandii” Aliny i Czesława Centkiewiczów, opowieścią o przygodach dzielnego dwunastolatka spod koła podbiegunowego.
A jego surowa Kraina jest niezwykła w swym pięknie i nieujarzmionej naturze. Zimą temperatury spadają nawet do –50 stopni Celsjusza. Latem rzadko przekraczają 10–15 st. C. Co roku od 25 maja do 25 lipca słońce nie zachodzi, to tzw. dzień polarny. 21 czerwca, w najdłuższy dzień roku, obchodzone jest święto narodowe Grenlandii. Jest jednak i czas, gdy dookoła panują nieprzeniknione ciemności, czyli tzw. noc polarna, trwająca od drugiej połowy października do połowy marca. Słońce nie wschodzi nad horyzont. Ten okres to też najlepszy moment, by obserwować zorzę polarną. Magiczny spektakl na niebie, na którym można podziwiać zjawiskowy taniec kolorów, gdzie szmaragdowa zieleń, głęboka czerwień czy subtelny fiolet przenikają się nawzajem, tworząc wyjątkowe, barwne widowisko.
Pomimo powierzchni 2,16 miliona kilometrów kwadratowych, na Grenlandii nie ma dróg ani torów, które łączyłyby miejscowości. W miastach i osadach kończą się one na ich obrzeżach. Podróże międzymiastowe odbywają się samolotem, helikopterem, łodzią, skuterem śnieżnym lub psim zaprzęgiem. Na całej powierzchni wyspy znajduje się jedynie 150 kilometrów dróg. Jedynie 410 tysięcy kilometrów kwadratowych Grenlandii wolnych jest od lodu, to obszar porównywalny do wielkości Szwecji.
Eryk Rudy i Zielona Wyspa
Historia Grenlandii wiąże się z Erykiem Rudym, Normanem (Wikingiem), który w roku 982 naszej ery został wygnany z Islandii za popełnione morderstwo. Znając opowieści o nieodległym od Islandii lądzie, dotarł do największej wyspy świata. I tu: jak głosi jedna z wersji: wtedy jej klimat zupełnie różnił się od obecnego, stąd powstała nazwa: „Zielona Wyspa” (Green Land). Według drugiego przekazu, warunki naturalne już wtedy nie były sprzyjające, a więc Eryk zastosował „chwyt marketingowy” z nazwą, aby ściągnąć na nią także innych. Bo po kilku latach wraca on na Islandię, i stamtąd na czele 25 statków rusza, by skolonizować wyspę. Dociera do niej 14 z nich i przybysze zakładają kolejne osady.
W 1721 roku na Grenlandię wyruszyła duńsko-norweska ekspedycja pod wodza Hansa Egede, by nawiązać kontakty z wcześniejszymi kolonizatorami wyspy. Założono nową kolonię o nazwie „Dobra Nadzieja” (Godthåb) – dzisiejszy Nuuk, stolica. W 1953 roku Grenlandia stała się częścią Danii, a na mocy postanowienia parlamentu duńskiego w 1979 roku uzyskała autonomię. Jej mieszkańcom przyznano te same prawa cywilne jak Duńczykom, a Grenlandczycy znaleźli się w duńskim parlamencie. Do 1905 roku do części wyspy roszczenia terytorialne mieli też Norwegowie, ostatecznie odstąpili od nich w roku 1919. W 1916 roku, w wyniku negocjacji i traktatu podpisanego z Danią, USA uznały suwerenność Danii nad Grenlandią.
II wojna światowa przyniosła wyspie obecność amerykańskich baz wojskowych. Od roku 1951 do dziś, 1200 km na północ od koła podbiegunowego, w pobliżu osady Qaanaaq, działa baza wojskowa – Pituffik Space Base(dawniej: Thule Air Base).
W 1985 roku Grenlandia opuściła Unię Europejską, pozostając nadal częścią Danii. To efekt protestu Grenlandczyków, którzy nie chcieli otwarcia ich mórz dla europejskich flot. Na wyspie są silne dążenia niepodległościowe, ich zwolennicy upatrują chęć zdobycia autonomii i swoją niezależność, w potencjalnych złożach surowców, które ma skrywać lądolód i rezultacie globalnego ocieplenia, które ma te surowce odsłonić przez stopienie pokrywy lodowej. Od 1949 r. Grenlandia razem z Królestwem Danii należy do NATO. Co w obliczu ostatnich zdarzeń, nabiera już szczególnego znaczenia…
Pizza z renifera, stek z wieloryba
Grenlandię zamieszkuje ok. 56 tys. mieszkańców, 18 tys. z nich stanowi populację stolicy- Nuuk. W mieście znajduje się port, mała stocznia, lotnisko. 89% całej ludności to rdzenni mieszkańcy – Inuici (Kalaallit). Określenie „Eskimos” jest obraźliwe dla Grenlandczyków, ta nazwa wywodzi się bowiem od wyrażenia „zjadacze surowego mięsa”. Natomiast w językach Inuitów słowo „inuk” znaczy „osoba”, a „inuit” – „ludzie”. Mieszkańcy wyspy czują silne więzi z rdzennymi ludami Kanady i Alaski. W ich językach można zauważyć pewne podobieństwa.
Urzędowy język wyspy to grenlandzki. Z niego wywodzą się słowa „kayak” i „igloo”, przejęte przez inne języki. W grenlandzkim wiele słów składa się z powtarzających się lub zdublowanych liter. Język jest opisowy, wyrazy bardzo długie i oznaczają często…całe zdanie. Wyjaśniane jest to tym, że ludziom łatwiej było się porozumiewać, wypowiadając jedno długie słowo, wyrażające całą myśl, zamiast kilku zdań, oszczędzając tym samym energię podczas srogich mrozów. Zwłaszcza, że jak spostrzegli niektórzy, niezwykle długie słowa, zbudowane z powtarzających się liter, brzmią niczym… szczękanie zębami drżącego z zimna człowieka.
Główne źródła dochodów Grenlandczyków to: wielorybnictwo, rybołówstwo, łowiectwo, turystyka. Mimo surowego klimatu, ponad 90% mieszkańców korzysta z Internetu. Najpopularniejszymi potrawami są te oparte na darach morza i zwierzętach. I tak można tam zjeść: pizzę z mięsem renifera lub woła piżmowego, stek z wieloryba, zupę z mięsa foki.
Grenlandia ma wiele niewykorzystanych bogactw naturalnych, co niewątpliwie, ma wpływ na jej „popularność”. To nie tylko ropa naftowa i gaz, są tam też jedne z największych na świecie złóż metali ziem rzadkich. Tu znajdują się również złoża: cynku, wolframu, litu, grafitu czy tytanu.
Znikająca Wyspa
Założony w 1974 roku na Grenlandii Park Narodowy, jest największym tego typu parkiem na świecie. Na wyspie bytują jedynie zwierzęta potrafiące przystosować się do bardzo ekstremalnych temperatur. To m.in.: niedźwiedź polarny, lis polarny, zając arktyczny, renifer, wół piżmowy, gronostaje, lemingi arktyczne i rzadki rosomak. W wodach przybrzeżnych żyją rekiny żywiące się mięsem z upolowanych białych niedźwiedzi. Niektóre osobniki mogą dożywać 200 lat. Tam też znaleziono świecącą rybę, której krew nie zamarza. W jej żyłach płynęła substancja, która chroniła ją przed zamarzaniem.
Lód, pokrywający wyspę, to naturalny zapas słodkiej wody na ziemi, stanowi on 7% całej słodkiej wody występującej na naszej planecie. Według badań, ze względu na zawirowania klimatyczne od 2003 roku pokrywa lodowa Grenlandii traci ponad 10 miliardów ton lodu rocznie. Latem 2021 r. ilość stopionego tam lodu odpowiadała powierzchni stanu Floryda. To 170 kilometrów kwadratowych i 8,5 miliarda ton masy. Topniejące lodowce są ogromnym zagrożeniem dla człowieka, przyczyniają się do wzrostu poziomu mórz i oceanów. Uwalniają też śmiertelnie niebezpieczną truciznę. Zaobserwowana wiosną 2022 r. ilość rtęci w trzech rzekach lodowcowych i trzech fiordach Grenlandii jest jedną z najwyższych odnotowanych w historii.
Kupię Grenlandię!
Od kilku tygodni, w mediach całego świata, nieustannie przewija się temat Grenlandii. Donald Trump dąży do tego, aby Stany Zjednoczone przejęły nad nią kontrolę. Uzasadniając, że chodzi tu o bezpieczeństwo i powstrzymanie ekspansji Rosji i Chin w rejonie Arktyki. Wielu europejskich przywódców, polityków, ale i społeczność międzynarodowa, sprzeciwia się jego zapędom, nazywając je wprost: naruszeniem suwerenności innego państwa i powrotem do czasów neokolonialnych, przez bezwzględne stosowanie prawa silniejszego. Znamienne, iż prezydent USA, przynajmniej na początku, nie wykluczał nawet użycia siły, by przejąć wyspę. Ta „grenlandzka Odyseja” rozpoczęła się jednak za pierwszej kadencji Trumpa.
Wtedy już bowiem, w 2019 roku, wyspa znalazła się na… „liście zakupów”, prezydenta USA, gdy zaproponował on Danii jej kupno. A jak historia pokazuje, Amerykanie mają już „praktykę” w tego typu transakcjach. Dla przykładu. W 1898 r. nabyły Filipiny od Hiszpanii za 20 mln dol, a w 1867 r. Imperium Rosyjskie sprzedało im Alaskę, (pow. ok. 1,5 mln km kw.) za 7,2 mln dol. W 1917 roku kupiły od Danii – Wyspy Dziewicze (St. Thomas, St. John, St. Croix) za 25 mln dol. w złocie.
W 2019 roku, Dania stanowczo odmówiła sprzedaży Grenlandii i wydawało się, że to koniec „targów”. Jednak, w 2025 roku, po udanej amerykańskiej operacji usunięcia z urzędu i kraju wenezuelskiego prezydenta Maduro, sprawa nieoczekiwanie powróciła ze zdwojoną siłą.
- Zrobimy coś z Grenlandią, czy im się to podoba, czy nie – zapowiadał Donald Trump, dodając: - Jeśli nie zrobimy tego po dobroci, zrobimy to w trudniejszy sposób.
A nawiązując do tego, że Dania jest odpowiedzialna za bezpieczeństwo Arktyki, kpił: - Co Dania zrobiła ostatnio, aby wzmocnić bezpieczeństwo na Grenlandii? Dodali jeszcze jeden psi zaprzęg.
Może i dlatego internauci, aby przerwać ten impas, pospieszyli „z pomocą” i jak zamieszczał „Daily Mail”, znaleźli metodę na patową sytuację, która by w sposób i romantyczny, i pokojowy rozwiązała cały problem. Otóż, dostrzegli idealną kandydatkę na…żonę dla najmłodszego syna Donalda Trumpa. Doradzając, aby Barron poślubił księżniczkę Izabelę z Danii, córkę króla Fryderyka X i królowej Marii, zajmującą drugie miejsce w kolejce do duńskiego tronu, bo ona przekazałaby Grenlandię mężowi jako część… swojego posagu.
Arktyczni komandosi z psami
Prezydent USA wypowiadając się w tak ironiczny sposób o duńskich metodach zapewnienia bezpieczeństwa Grenlandii, przywołał wobec opinii publicznej zapewne najbardziej wyjątkową i elitarną formację wojskową na świecie, należącą do duńskiej marynarki wojennej. „Sirius Patrol”, czyli „Patrol Syriusza”, nazywany również „Arktycznymi komandosami z psami”. Jej „funkcjonariusze” pełnią też rolę policji i strażników Parku Narodowego Grenlandii. Cała formacja liczy 12 żołnierzy podzielonych na sześć dwuosobowych patroli i dwie osoby, przebywające w bazie Daneborg, odpowiedzialne za łączność.
Kandydaci do niej przechodzą niezwykle restrykcyjną rekrutację w zakresie predyspozycji psychicznych i sprawności fizycznej. Każdego roku, jest wybieranych sześć osób, które rozpoczynają 26-miesięczną służbę, patrolując teren za pomocą psich zaprzęgów, odwiedzając najdalsze i najbardziej niedostępne zakątki grenlandzkiego wybrzeża. Działają w ekstremalnych warunkach pogodowych, przy bardzo niskich temperaturach, nawet –55 stopni Celsjusza, i podczas polarnych nocy, w ciemnościach. Są wszechstronnie wyszkoleni i zakresem „kompetencji” przypominają momentami filmowego Jamesa Bonda. Umiejętności: wojskowe, strzeleckie, dywersyjne, łącznościowe, psychologiczne, medyczne, weterynaryjne, policyjne, te z zakresu mechaniki pojazdów czy… szycia. Z tą różnicą, iż futurystyczne samochody zastąpiły tu specjalnie wyszkolone psy: rasy husky. „Arktyczni komandosi” wykonują swą misję nieprzerwanie przez 26 miesięcy, nie mają wtedy możliwości powrotu do domu czy też skorzystania choćby z jednego dnia urlopu.
Przytul pingwina?
W styczniu, podczas swojego przemówienia na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos w roku 2026, amerykański prezydent zapewnił, że nie użyje siły, aby przejąć Grenlandię, ale ponownie zażądał rozpoczęcia negocjacji w sprawie pozyskania wyspy przez USA, argumentując, że – „w imię bezpieczeństwa i obrony pokoju na świecie” – prosi tylko o „kawał lodu”.
Wkrótce potem, oficjalne konto Białego Domu opublikowało w mediach społecznościowych zdjęcie z podpisem „Przytul pingwina”, na którym widać prezydenta Trumpa, który ramię w ramię w przyjacielskim duecie z… pingwinem, trzymającym powiewającą flagę USA, przemierza… Grenlandię. Na śniegu znaczą się głębokie ślady wędrowców. Zmęczeni? Zapewne. W końcu prezydent prowadzi swojego kompana, aż… z drugiej półkuli, z Antarktydy. Bo na Grenlandii te eleganckie, urocze stworzenia w biało-czarnych frakach, nie mieszkają. O czym, zdaje się wśród współpracowników amerykańskiej głowy państwa zapomniano, myląc Arktykę z Antarktydą…
Na wpadkę natychmiast zareagowały… nie, nie pingwiny. Ale Chiny. Publikując w sieci mem pod hasłem: „Nawet, jeśli na Grenlandii są pingwiny…”, na którym widać identyczną scenerię Grenlandii, a przemierza ją, w ręce dzierżąc kij, wuj Sam, alegoryczna postać symbolizująca USA, ciągnąc za sobą usilnie opierającego się pingwina.
Po rozmowach z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte, w Davos, Donald Trump ogłosił, że uzgodnił ramy przyszłego porozumienia dotyczącego Grenlandii i Arktyki. Szczegółów nie podano. Nieoficjalne źródła informują jednak, iż w ramach niego USA otrzymałyby suwerenność nad fragmentami terytorium Grenlandii, na których zostaną utworzone amerykańskie bazy wojskowe.
To, że te ustalenia zapadły „za zamkniętymi drzwiami” i przy braku obecności przedstawicieli władz Wyspy, napełniło głębokim niepokojem i rozgoryczeniem mieszkańców Grenlandii, którzy odpowiadają: - Nie jesteśmy tylko kawałkiem ziemi. Nie jesteśmy na sprzedaż. A na konferencji prasowej premier ich rządu – Jens-Frederik Nielsen – stwierdzał: - Nie wiem, co jest w porozumieniu dotyczącym mojego kraju. Nie wiem, o czym rozmawiano beze mnie.
I tak, ze zmiennym natężeniem, wśród coraz to nowych emocji i niespodziewanych zwrotów akcji, wciąż trwa „grenlandzka Odyseja”… A jak naprawdę wygląda ten „kawał lodu”, który tak niespodziewanie znalazł się w centrum uwagi całego świata?
O tym już w kolejnej części naszej opowieści, w następnym numerze.
Jolanta Baran
Druga część fascynującej opowieści o Grenlandii: TUTAJ
Przez bory i lasy zielone... W poszukiwaniu nowych dróg, czyli 124. Zjazd Polskiego Towarzystwa Leśnego i Kraków jako centrum debaty o polskich lasach
Napisał Wojciech SzotaTo, co zazwyczaj niedostrzegalne, bo "powszechne i znane ", może mieć różne, zadziwiające, oblicza. Ot, choćby taki "zwykły" las...
Polskie lasy i ich dzieje są nierozerwalnie związane z trudną historią Polski. Lesistość kraju pod koniec X w. wynosiła ok. 85%. Za czasów Jagiellonów lasy rozdawano, pod władzą państw zaborczych: Rosji, Prus i Austrii wyprzedawano (ich ubytek o 5,4 mln ha), podczas II wojny światowej i okupacji przejmowano, a personel nadleśnictw eksterminowano. Według wyliczeń, zginęło wtedy ok. ½ pracowników leśnictwa. W 1945 roku, w stosunku do okresu międzywojennego, głównie z powodu zmiany granic Polski, obszar lasów zmniejszył się o ok. 2,2 mln ha. Pozostało 6,5 mln ha lasów. Obecnie jest ich 9,2 mln ha.
W 1935 roku pod ochroną były 2 gatunki zwierząt i 8 roślin. Pierwszym zwierzęciem chronionym był.. .żółw błotny, a dopiero potem żubr. Dziś to: 803 zwierząt i 716 roślin.
Polska ma ok. 4 miliardy 200 milionów drzew, tzw.wysokich. Świerk powoli oddaje władzę, dąb i buk zajmują mocniejsze pozycje. 1,5 miliarda zł społeczeństwo "wynosi" z lasu, w postaci: grzybów, jagód, ziół. Średnia wielkość pożaru lasów w Hiszpanii to 18 ha, w Polsce... 0,3 ha.
A jak wygląda polska gospodarka leśna na tle innych krajów? Co przyniesie przyszłość ?
Jak będą wyglądały nasze lasy? Problemem są ekstrema, długotrwałe susze, fale upałów, a także ekstremalne opady. I możemy się spodziewać, że tych ekstremów będzie więcej... - prof.dr hab. inż. Jarosław Socha, dziekan Wydziału Leśnego Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie.
Największe wyzwanie współczesnego leśnictwa
W tym roku Kraków stał się centrum debaty o polskich lasach. We wrześniu odbył się tam 124. Zjazd Delegatów Polskiego Towarzystwa Leśnego oraz sesja naukowa, pt. "Racjonalność i odpowiedzialność w zarządzaniu zasobami leśnymi w Polsce". Te wydarzenia zgromadziły kilkuset uczestników z całej Polski, w tym przedstawicieli Lasów Państwowych, środowisk naukowych, ministerstwa, samorządu i mediów. Jaką strategię obrony przyjąć wobec zmian klimatycznych? Jakie drzewa są najbardziej na nie odporne ? Czy lasy należy odmładzać? Jak pokazać nieprzemijającą wartość polskich lasów? To tylko niektóre z pytań, które się pojawiały.
Organizatorem Zjazdu i sesji naukowej było Polskie Towarzystwo Leśne – Oddział w Krakowie, we współpracy z Regionalną Dyrekcją Lasów Państwowych w Krakowie oraz Wydziałem Leśnym Uniwersytetu Rolniczego w Krakowie. Honorowy patronat nad Zjazdem objął Rektor UR oraz Komitet Nauk Leśnych i Technologii Drewna PAN.
Zespół Sygnalistów Myśliwskich "Hagard" Uniwersytetu Rolniczego, rozpoczął swym sygnałem uroczystą sesję naukową, pt. "Racjonalność i odpowiedzialność w zarządzaniu zasobami leśnymi w Polsce", która odbywała się na Wydziale Leśnym UR w Krakowie, a potem wszystkich jej uczestników przywitał dr inż. Janusz Dawidziuk, przewodniczący Polskiego Towarzystwa Leśnego oraz prof. dr hab. inż. Stanisław Małek, przewodniczący PTL, Oddział w Krakowie.
PTL to ogólnopolska organizacja zrzeszająca osoby związane z leśnictwem (zawodowo, naukowo, społecznie), jej celem jest inicjowanie i wspierania rozwoju nauk z zakresu leśnictwa, propagowania ich dorobku w społeczeństwie, współdziałanie we wdrażaniu osiągnięć nauki. Zajmuje się ona działalnością naukową i popularyzatorską, wydając czasopismo „Sylwan”. Kolejni prelegenci podkreślali znaczenie dzisiejszego spotkania.
Polskie leśnictwo, Lasy Państwowe znalazły się w skomplikowanej sytuacji. Często mówimy, że na zakręcie. Co roku moglibyśmy powtarzać, że zakręt jest ostrzejszy - stwierdzał dr inż. Piotr Kempf, dyrektor Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Krakowie, dodając: - My możemy pochwalić się dużym doświadczeniem, jeśli chodzi o przebudowę drzewostanu, tym, jak prowadzimy gospodarkę w trudnym terenie. Będziemy też opowiadać o wyzwaniach. Pokazywać, że w bardzo trudnej sytuacji są już nie tylko sosny, ale i jodły, które chorują od nadmiernej ilości jemioły. Zastanowimy się, jak pomóc tym drzewom?
Bez wątpienia, zachowanie stanu równowagi i racjonalnego gospodarowania zasobami leśnymi jest naszym wspólnym zadaniem na przyszłość, jednak to adaptacja lasów do postępujących zmian klimatycznych, stanie się największym wyzwaniem dla współczesnego leśnictwa...
Kupujesz telewizor? Lepiej porównaj – internetowe porównywarki zyskują tysiące nowych użytkowników (artykuł sponsorowany)
Napisał Wojciech Szota
Czy przed zakupem telewizora wystarczy zapytać sprzedawcę w sklepie, czy lepiej zajrzeć do porównywarki online? Coraz więcej Polaków nie ufa reklamom i zamiast tego wybiera obiektywne zestawienia modeli. Porównywarki telewizorów stały się w ostatnich miesiącach jednym z najczęściej odwiedzanych narzędzi zakupowych w sieci.
Polacy kupują rozsądniej niż kiedykolwiek
Jeszcze kilka lat temu wybór telewizora często kończył się na spontanicznej decyzji – model, który akurat był w promocji, albo ten, który „najładniej świecił” w sklepie. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Klienci coraz częściej podchodzą do zakupu jak do małego projektu badawczego. Sprawdzają parametry, testy, a nawet opinie użytkowników z forów i portali branżowych. To widoczna zmiana w sposobie myślenia. Konsument nie chce już tylko „dobrego telewizora”, ale sprzętu dopasowanego do własnych potrzeb – do wielkości salonu, stylu oglądania czy liczby godzin spędzanych na platformach streamingowych. W efekcie decyzje zakupowe są bardziej świadome, a liczba nietrafionych wyborów spada z roku na rok. Według danych branżowych, już ponad 60% Polaków przed zakupem elektroniki korzysta z porównywarek online lub serwisów testowych. To ogromny skok w porównaniu z okresem sprzed dekady, kiedy zaledwie co czwarty kupujący sięgał po takie źródła. Trudno się dziwić – przy rosnącej liczbie modeli i nowości technologicznych zwykła intuicja przestała wystarczać.
Rynek telewizorów jest dziś niezwykle zróżnicowany. Różnice między modelami bywają subtelne – czasem to tylko typ matrycy, rodzaj podświetlenia albo system operacyjny. A jednak te szczegóły potrafią całkowicie zmienić wrażenia z oglądania. I właśnie tu porównywarki pokazują swoją prawdziwą wartość – pomagają przełożyć techniczne dane na prosty język i podpowiedzieć, który sprzęt naprawdę sprawdza się w codziennym użytkowaniu.
Jeszcze niedawno wybór telewizora oznaczał długie spacery po sklepach, rozmowy ze sprzedawcami i niepewność, czy dany model faktycznie jest wart swojej ceny. Dziś wystarczy kilka minut w internecie, by porównać parametry setek modeli i zobaczyć, jak wypadają w praktyce. To właśnie prostota i dostępność sprawiają, że porównywarki telewizorów rosną w siłę.
Nowoczesne narzędzia tego typu nie są już tylko tabelami z liczbami. To złożone systemy, które analizują dane, recenzje i testy, a następnie prezentują je w sposób czytelny dla przeciętnego użytkownika. Wiele z nich pozwala zestawić obok siebie konkretne modele i zobaczyć, gdzie naprawdę widać różnicę. Nagle okazuje się, że droższy model wcale nie zawsze oznacza lepszy wybór, a telewizor o połowę tańszy potrafi mieć lepsze odwzorowanie barw i niższe zużycie energii. To narzędzia, które pomagają uniknąć marketingowych pułapek. Reklamy potrafią uwodzić pięknym obrazem i hasłami, ale dopiero liczby pokazują, ile faktycznie wart jest dany sprzęt. Użytkownicy szybko zrozumieli, że dzięki porównywarkom zyskują coś więcej niż tylko wiedzę – zyskują kontrolę nad decyzją zakupową.
Porównywarki stały się też częścią nowego stylu zakupów. Nie tylko informują, ale i edukują. Uczą, czym różni się QLED od OLED, dlaczego częstotliwość odświeżania ma znaczenie i w jakich warunkach dany typ matrycy sprawdza się naprawdę dobrze. To wiedza, która dawniej była domeną ekspertów, dziś dostępna jest dla każdego – za darmo i w kilka sekund.
Eksperci: to narzędzie, które uczy mądrych zakupów
Rosnąca popularność porównywarek to nie tylko efekt wygody, ale też zmiany świadomości konsumentów. Jak zauważa redakcja portalu wybierz.tv, użytkownicy coraz częściej chcą rozumieć, co kupują, zamiast kierować się wyłącznie reklamą czy opinią sprzedawcy.
– „Dawniej kupno telewizora było trochę jak loteria. Dziś kupujący mają narzędzia, które pozwalają im podejmować decyzje oparte na faktach, a nie emocjach. Widzimy, że coraz więcej osób porównuje nie tylko ceny, ale też procesory obrazu, systemy Smart TV czy technologie wygaszania diod” – mówi ekspert portalu wybierz.tv.
To właśnie edukacyjna rola takich narzędzi sprawia, że zdobywają zaufanie. Porównywarki nie tylko wskazują najlepszy model, ale też tłumaczą, dlaczego jest on lepszy – czy to dzięki wyższej jasności HDR, czy lepszej obsłudze sygnału 120 Hz w grach. Tego rodzaju wiedza pozwala użytkownikom zrozumieć zależność między ceną a jakością, a w efekcie uniknąć nietrafionych zakupów.
Co ciekawe, eksperci zauważają, że popularność porównywarek jest szczególnie duża wśród młodszych dorosłych, w wieku 25–40 lat. To grupa, która dorastała z technologią i nie ma problemu z interpretacją danych technicznych. Dla nich liczby i parametry to nie chaos, lecz język, który pozwala ocenić realną wartość sprzętu.
Porównywarki stają się więc nie tylko narzędziem zakupowym, ale i elementem nowoczesnej kultury konsumenckiej – kultury opartej na wiedzy, porównaniu i zdrowym rozsądku.
Szczury na naszych osiedlach: Miechów – Wolbrom – Olkusz
Napisał Wojciech Szota
Mówi się, że szczury przeżyją każdy kataklizm, są w stanie dopasować się do każdych warunków, są inteligentne i ostrożne. Nie dziwi więc fakt, że w naszych miastach, a szczególnie na osiedlach mieszkaniowych, mają dobre warunki do bytowania, gdyż mogą tam znaleźć najwięcej jedzenia. Żyją, rozmnażają się i wydaje się, że jest ich coraz więcej. Jak informuje portal wp.pl – w Polsce żyje około 19 mln szczurów, a największe ich skupiska znajdują się w Warszawie, Krakowie i Wrocławiu. Sanepid podkreśla, że skuteczna walka z tymi gryzoniami wymaga regularnej deratyzacji i odpowiedniego zarządzania odpadami. A z tym bywa różnie...
- Boję się wynosić wieczorem śmieci – mówi kilkunastoletnia mieszkanka jednego z wolbromskich osiedli. Jej strach jest zrozumiały. Gdy podchodzi się o zmroku do plastikowych pojemników na odpady sortowane (tzw. „dzwonów”), słychać w środku poruszenie, wyraźne odgłosy żywych stworzeń. Nie trzeba być zbyt uważnym obserwatorem, by znaleźć dowody zadomowienia się szczurów w okolicach placów gospodarczych, czyli miejsc, gdzie stoją pojemniki na odpady. Te zapobiegliwe zwierzęta robią podkopy pod płytkami chodnikowymi położonymi dookoła ogrodzonych terenów i dostają się w pobliże „dzwonów”, które często mają niedomknięte dolne klapy. Najczęściej słychać jak buszują w plastikach. Tam wyrzucamy opakowania po jogurtach, warzywach, wędlinie. Zawsze więc można znaleźć coś do jedzenia. Zasypywanie i betonowanie podkopów, co spółdzielnia mieszkaniowa robią systematycznie, przynosi poprawę tylko na jakiś czas. Szczury robią kolejny podkop i zabawa zaczyna się od nowa.
Sprawa jest znana administracji spółdzielni mieszkaniowych w Wolbromiu i Olkuszu. Ale np. w Miechowie, gdzie na osiedlach najczęściej stosowane są takie same pojemniki do gromadzenia odpadów segregowanych, problemu ze szczurami raczej nie ma. Tak przynajmniej informują przedstawiciele zarządu tamtejszej spółdzielni „Przyszłość”, z którymi kontaktujemy się podczas przygotowywania tego materiału.
zmiana pojemników
Zdaniem wiceprezesa Wolbromskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Jana Kaczora problem można rozwiązać tylko przez zmianę rodzaju pojemników na odpady segregowane. Na ostatnim walnym zgromadzeniu informował mieszkańców, że jest to już uzgodnione z władzami gminy i odbiorcą śmieci, czyli Zakładem Gospodarki Komunalnej „Bolesław”. Miejsce „dzwonów” zajmą szczelne, zamykane kubły o pojemności 1100 litrów. Zobaczymy, czy będą przeszkodą trudną do pokonania przez uciążliwe gryzonie, choć zależy to w dużej mierze także od użytkowników, czyli mieszkańców wyrzucających odpady. Jeśli za każdym razem będą zamykać klapę, to całkiem możliwe, że szczury już tam nie wejdą. Dotychczasowa praktyka wskazuje jednak, że bywa z tym różnie. Stosowane np. do odpadów niesegregowanych takie same pojemniki często stoją otwarte. Inna sprawa, że duża klapa jest trudna do otwarcia, a zwłaszcza do zamknięcia dla dzieci, ale także dla seniorów. Będzie ona zatem wyposażona w drugą, mniejszą, która ułatwi wrzucanie do środka typowych worków lub opróżnianie domowych wiaderek.
Takie rozwiązanie proponuje też wiceprezes Olkuskiej Spółdzielni Mieszkaniowej Rajmund Rudy, który podkreśla jednak, że wybór rodzaju pojemników leży w gestii danej gminy. W Olkuszu stosowane są zarówno „dzwony”, jak i pojemniki 1100 litrów. Jak zapewnia UMiG w Wolbromiu, przygotowywana zmiana nie pociągnie dodatkowych kosztów, bowiem jest ona uwzględniona w umowie przetargowej z odbiorcą odpadów. „Dzwony” usunięte z Wolbromia, mogą znaleźć miejsce w innych gminach obsługiwanych przez tego operatora, np. w Kluczach, gdzie też są stosowane.
trzeba myć
Ważne jest, by wyrzucane po artykułach spożywczych plastikowe opakowania myć, co raczej rzadko nam się zdarza. A to właśnie resztki jedzenia kuszą zwierzęta do buszowania po śmietnikach.
Wiceprezes OSM podkreśla jednak jeszcze inną sprawę: mycie pojemników przez odbiorcę odpadów. Jego zdaniem często „dzwony” są wprost oblepione odpadami, które uniemożliwiają szczelne ich zamknięcie. Gdyby były myte odpowiednio często, prawdopodobnie poprawiłoby to sytuację.
Jego zdaniem podstawowym narzędziem do walki z uciążliwymi gryzoniami są jednak akcje deratyzacji (wiosenna i jesienna), tyle tylko, że muszą się w nią włączać wszyscy administratorzy budynków i obiektów infrastruktury technicznej w danym mieście. Oprócz spółdzielni i wspólnot mieszkaniowych, także firmy energetyczne, ciepłownicze, wodociągi itp. Wszystkie one mają budowle techniczne, kanały, studzienki, często ogrzewane i rzadko odwiedzane przez ludzi, w których bardzo chętnie osiedlają się niechciani lokatorzy. Gdyby w jednym czasie wszyscy wykładali trutki, co jest zresztą ich obowiązkiem, szczurów byłoby mniej.
inne pomysły
Aby zapobiec aktywności zwierząt w miejscach składowania odpadów stosowane są bardziej rozbudowane systemy ich zabezpieczenia. W Referacie Ochrony Środowiska UMiG w Wolbromiu przeglądam folder firmy oferującej system SISO (System Indywidualnej Segregacji Odpadów) i urządzenia Drop&Go – rodzaj metalowych kontenerów, kryjących w swoim wnętrzu typowe pojemniki na śmieci, ale otwieranych za pomocą kodów QR przyklejanych na worki z segregowanymi odpadami. Jak czytamy na portalu green-news, Ciechanów wprowadził taki system na jednym z osiedli. To bodaj pierwsze w Polsce miasto, w którym nowoczesne pojemniki nie dość że zapobiegają penetracji przez gryzonie, ptaki, czy roznoszenie ich przez wiatr, to jeszcze umożliwiają sprawdzenie, czy odpady są prawidłowo segregowane przez mieszkańców budynków wielorodzinnych. Z informacji dostępnych w internecie oraz na stronie pomysłodawców tego rozwiązania wynika, że jest ono wdrażane lub już funkcjonuje w kilku innych miastach (m.in. w Świebodzinie, Zamościu, Krakowie, Wrocławiu). Sęk w tym, że cena jednego takiego kontenera to ponoć nie kilkadziesiąt tysięcy zł, ale znacznie więcej, który to wydatek musiałaby ponieść gmina, a w konsekwencji – wszyscy mieszkańcy. Autorzy tego pomysłu zapewniają o korzyściach: odpady muszą być właściwie segregowane, jest także możliwość bieżącej kontroli poziomu zapełnienia kontenerów, umożliwiając racjonalne planowanie ich odbioru, co obniża koszty, a w konsekwencji daje możliwość przyjęcia niższych opłat za odbiór śmieci.
Znane są też inne sposoby zabezpieczenia przed gryzoniami – np. specjalne pojemniki na śmieci otwierane przez naciśnięcie stopą specjalnego przycisku (pedału). Po wyrzuceniu odpadków klapa automatycznie zamyka się i kontener jest szczelny.
Mamy systemy kryjące szczelne pojemniki na odpady całkiem pod ziemią, które zajmują na powierzchni niewiele miejsca, wpływając pozytywnie na estetykę otoczenia: eliminują z naszej przestrzeni tradycyjne kosze i kontenery na śmieci, które często szpecą krajobraz miejski.
Rozwiązania te mają jednak jedną wadę: wymagają inwestycji, które ponieść musi gmina odpowiedzialna za dostarczenie pojemników swoim mieszkańcom, zatem widać już, że problem nie będzie łatwy do rozwiązania. Skąd bowiem wziąć naraz w budżecie tak duże kwoty?
stare, dobre czasy
Bo dawniej problem nie był tak dotkliwy. Na wsiach i w małych miasteczkach wiele osób hodowało kury, niemal wszędzie żyły psy, koty, a często także świnki. To one uwalniały nas od resztek jedzenia i przeterminowanych produktów. Bywało, że nawet mieszkając w bloku, stary chleb zawoziło się do babci czy wujka na wieś. Pamiętam lata 80-te, ogromnego niedoboru mięsa, kiedy to władze zachęcały do hodowli świń zakłady pracy, instytucje, czy nawet szkoły. Tak było np. przy wolbromskim liceum, gdzie w jednym z garaży resztkami ze stołówki dokarmiano kilka tuczników.
Teraz brzmi to wręcz humorystycznie, bowiem żywy inwentarz nawet na wsiach zaczyna być rzadkością. Ale ilości wyrzucanej żywności rosną z roku na rok. W Polsce to prawie 5 mln ton. Z tej ogromnej góry zmarnowanego jedzenia na wszystkich etapach (produkcji, transporcie, przetwórstwie, gastronomii, handlu, aż do gospodarstw domowych) to właśnie my – konsumenci – marnujemy najwięcej, czyli 60% całej puli. Te 60% żywności marnowanej w gospodarstwach domowych oznacza ok. 3 mln ton. Niezmiennie od lat wyrzucamy te same produkty: owoce, warzywa, wędliny i przede wszystkim pieczywo. W ten sposób dożywiamy naszych „współlokatorów”, czyli właśnie szczury, myszy, ptaki. Nie dziwmy się więc, że chętnie żyją blisko ludzkich skupisk.
Samotność mnie dusi i przytłacza – mówią seniorzy dzwoniący pod numer Telefonu Zaufania dla Osób Starszych
Napisał Wojciech Szota
Brak kontaktów społecznych i wsparcia emocjonalnego to codzienność wielu starszych osób. Często nie mają z kim porozmawiać o codziennych sprawach ani podzielić się swoimi zmartwieniami. Dlatego tak ważne jest, aby seniorzy wiedzieli, gdzie mogą znaleźć zrozumienie i życzliwe słowo. Takim miejscem jest Telefon Zaufania dla Osób Starszych, gdzie pod numerem 22 635 09 54 od poniedziałku do piątku czekają psycholodzy, gerontolodzy i przeszkoleni konsultanci. Wysłuchają, dodadzą otuchy i pomogą znaleźć rozwiązania w trudnych sytuacjach.
W Polsce funkcjonują różne formy wsparcia dla osób starszych, takie jak domy pomocy, ośrodki dziennego pobytu czy programy aktywności seniorów. Mimo że ich liczba rośnie, instytucje te często koncentrują się na opiece medycznej, materialnej czy kulturalnej, pomijając równie istotny aspekt, jakim jest wsparcie emocjonalne. Tymczasem wiele starszych osób, zwłaszcza po 80. roku życia, zmaga się z dojmującym poczuciem osamotnienia.
– Terminy „samotność” i „osamotnienie” często używane są zamiennie. Samotność to stan,
w którym świadomie decydujemy się na przebywanie w odosobnieniu – i czasem każdy z nas tego potrzebuje. Osamotnienie jednak to coś zupełnie innego – wiąże się z cierpieniem wynikającym z niechcianej samotności. Brak relacji z drugim człowiekiem oznacza niezaspokojenie jednej z podstawowych potrzeb – potrzeby kontaktu, która jest kluczowa dla zachowania równowagi psychicznej. Długotrwałe osamotnienie nie jest naturalnym stanem i może prowadzić do zaburzeń zachowania i silnego stresu. To bardzo trudne doświadczenie, które starszej osobie odbiera poczucie bezpieczeństwa. Wynika to z rozmów ze starszymi osobami, które dzwonią na numer Telefonu Zaufania. Słyszymy, że nie wychodzą z domu, czują się całkowicie opuszczeni i bezsilni – mówi psycholog, jeden z konsultantów Telefonu Zaufania dla Osób Starszych.
Samotność towarzyszy co czwartej starszej osobie
Większość dorosłych Polaków (89%) deklaruje, że swój czas wolny najbardziej lubią spędzać w towarzystwie innych osób, najczęściej rodziny (1). Tymczasem seniorzy, osoby powyżej 75 roku życia, są drugą grupą najczęściej odczuwającą samotność często lub permanentnie (2). Potwierdzają to także wyniki raportu „Samotność wśród osób 80+”, według którego aż 26% osób starszych jest osamotnionych, a ponad 13% z nich w ogóle nie wychodzi z domu (3).
– Lubimy być blisko innych osób. Towarzystwo rodziny, czy bliskich przyjaciół daje nam poczucie bezpieczeństwa i spokój. Co więc w sytuacji, kiedy nie mamy nikogo? Dla osamotnionych seniorów relacje rodzinne i przyjacielskie są równie ważne, mimo że wokół nich jest znacznie mniej bliskich osób. Nasz raport „Samotność wśród osób 80+” wykazał, że seniorzy czują się niepotrzebni, zbędni, rośnie w nich poczucie wykluczenia. 61% osób starszych, które mierzą się z samotnością, mówi, że czują się nieważne, a 70% nie ma obok kogoś, komu mogłyby zaufać. 59% seniorów w wieku 80 lat i więcej podkreśla, że potrzebują porozmawiać o tym, jak się czują. Dlatego inicjatywy takie jak Telefon Zaufania dla osób starszych są niezwykle istotne – zapewniają wsparcie i wysłuchanie, z szacunkiem i bez oceniania – wyjaśnia Joanna Mielczarek, członek zarządu i dyrektor operacyjna Stowarzyszenia mali bracia Ubogich.
Jakie wsparcie może otrzymać senior dzwoniący na Telefon Zaufania?
W Telefonie Zaufania dla Osób Starszych dyżurują specjaliści z doświadczeniem w pracy z osobami starszymi, którzy oferują wsparcie dostosowane do indywidualnych potrzeb rozmówców. To przestrzeń, w której samotna osoba może znaleźć troskę i zrozumienie. Każda rozmowa traktowana jest z pełną uważnością, a udzielane wsparcie pomaga złagodzić uczucie smutku i osamotnienia. Możliwość otwartego wyrażenia swoich myśli pozwala spojrzeć na trudną sytuację z dystansu, co ułatwia jej lepsze zrozumienie i odnalezienie drogi do rozwiązania.
Katarzyna Nicolaou, koordynatorka Telefonu Zaufania, podkreśla, że najczęściej konsultanci odbierają telefony od osób starszych, które zmagają się z głęboką samotnością. –To osoby, które rzadko opuszczają swoje domy i nie mają z kim podzielić się swoimi myślami czy codziennymi przeżyciami. Dla nich rozmowa z konsultantem na infolinii staje się jedyną okazją, by opowiedzieć, jak minął dzień, co się wydarzyło, a także po prostu usłyszeć życzliwy głos. Zdarzają się również trudniejsze przypadki, gdy samotność przeradza się w depresję lub poważniejsze problemy emocjonalne. W takich sytuacjach kierujemy rozmówców do odpowiednich instytucji, które oferują profesjonalną pomoc terapeutyczną. Choć rozmowa telefoniczna nie zastąpi terapii, daje poczucie ulgi i pomaga złagodzić uczucie izolacji. Do Telefonu Zaufania dla osób starszych dzwonią również osoby chore, a także te, które borykają się z trudnościami życiowymi, takimi jak utrata bliskiej osoby czy problemy finansowe. Dla nich rozmowa z konsultantem staje się szansą na podzielenie się swoimi obawami, otrzymanie wsparcia i poczucia, że nie są pozostawione same sobie w obliczu swoich problemów.
Przekaż swoje 1,5 procent podatku na Telefon Zaufania
Prowadzenie i rozwój Telefonu Zaufania dla Osób Starszych jest możliwe dzięki wpłatom z 1,5% podatku. W 2023 roku konsultanci spędzili około 440 godzin na dyżurach, odpowiadając na telefony osamotnionych seniorów, oraz dodatkowe 100 godzin wspierając opiekunów osób z chorobą Alzheimera. W 2024 roku liczba ta podwoiła się – infolinia działała już przez ponad 1000 godzin, a dyżury mogło pełnić jednocześnie kilku specjalistów. Z każdym miesiącem liczba połączeń rośnie, co pokazuje, jak bardzo potrzebna jest taka forma wsparcia.
Każdy podatnik może pomóc w dalszym działaniu Telefonu Zaufania, przekazując 1,5% swojego podatku na Stowarzyszenie mali bracia Ubogich. Przy składaniu corocznego zeznania podatkowego należy podać numer KRS 0000160750 w odpowiedniej rubryce formularza.
Telefon Zaufania dla osób starszych (22 635 09 54) dostępny jest przez 5 dni w tygodniu, od poniedziałku do piątku, w godzinach od 17:00 do 20:00. Dodatkowo w środy, w godzinach od 14:00 do 16:00, dyżur jest dedykowany wyłącznie osobom dotkniętym chorobą Alzheimera oraz ich opiekunom. Telefon Zaufania jest anonimowy i dostępny dla seniorów w całej Polsce.
* * *
Stowarzyszenie mali bracia Ubogich to międzynarodowa organizacja, która powstała we Francji w 1946 r. W Polsce działa od 2002 r. i jest organizacją pożytku publicznego. Powstała, by być głosem osób niesłyszalnych, niewidzialnych i niezauważanych na co dzień – czyli osób starszych, samotnych. Dzięki Stowarzyszeniu seniorzy stają się widoczni w społeczeństwie. Stowarzyszenie swoje działania opiera na długoterminowym wolontariacie towarzyszącym, polegającym na regularnych odwiedzinach wolontariuszy w domach podopiecznych w ramach Programu „Obecność”, dzięki którym budują się relacje oparte na przyjaźni i zaufaniu oraz na innych inicjatywach.
…..............................................................
1. CBOS, Więzi społeczne, Wrzesień 2024
2. CBOS, Kto jest najbardziej narażony na samotność, Listopad 2024
3. Stowarzyszenie mali bracia Ubogich, Samotność wśród osób 80+, Warszawa 2023
Nowoczesne rozwiązania do garażu i parkingu. Artykuł sponsorowany.
Napisał Wojciech Szota
Bezpieczeństwo i wygoda użytkowania to kluczowe aspekty, na które zwracamy uwagę przy wyborze rozwiązań do garażu i parkingu. Właściwie dobrana brama garażowa, nowoczesne szlabany parkingowe oraz automatyczne napędy do bram mogą znacznie poprawić komfort codziennego użytkowania i zabezpieczyć mienie. Inwestując w nowoczesne systemy, można zwiększyć nie tylko funkcjonalność, ale i estetykę otoczenia. Jakie rozwiązania warto wziąć pod uwagę i dlaczego warto zainwestować w automatyzację dostępu?
Brama garażowa – kluczowy element bezpiecznego garażu
Brama garażowa to jeden z najważniejszych elementów wyposażenia każdego garażu. Musi być solidna, odporna na warunki atmosferyczne i wygodna w użytkowaniu. Na rynku dostępne są różne rodzaje bram – segmentowe, uchylne, rolowane czy rozwierane. Najpopularniejsze są bramy segmentowe, które dzięki pionowemu otwieraniu oszczędzają przestrzeń i zapewniają bardzo dobrą izolację termiczną.
Nowoczesne bramy garażowe można wyposażyć w automatyczne napędy, które umożliwiają ich otwieranie i zamykanie za pomocą pilota, aplikacji mobilnej czy systemu inteligentnego domu. To ogromna wygoda, zwłaszcza w przypadku intensywnego użytkowania lub niekorzystnych warunków pogodowych.
Szlabany parkingowe – kontrola dostępu na najwyższym poziomie
Szlabany parkingowe to rozwiązanie, które sprawdza się w miejscach wymagających kontroli dostępu, takich jak osiedla mieszkaniowe, parkingi firmowe, centra handlowe czy obiekty użyteczności publicznej. Ich głównym zadaniem jest regulacja ruchu pojazdów i zapewnienie bezpieczeństwa.
Dostępne na rynku szlabany różnią się długością ramienia, szybkością otwierania oraz dodatkowymi funkcjami, takimi jak systemy identyfikacji pojazdów, czytniki kart czy integracja z monitoringiem. W zależności od potrzeb można wybrać modele manualne lub automatyczne, które sterowane są za pomocą pilota, karty dostępu lub aplikacji mobilnej.
Napędy do bram – automatyzacja dostępu dla większej wygody
Napędy do bram to element, który znacząco podnosi komfort użytkowania bram garażowych i wjazdowych. W zależności od rodzaju bramy można zastosować różne systemy automatyki – do bram przesuwnych, skrzydłowych czy garażowych.
Nowoczesne napędy do bram są wyposażone w inteligentne systemy zabezpieczeń, takie jak czujniki ruchu, fotokomórki oraz funkcje detekcji przeszkód, które zwiększają bezpieczeństwo użytkowania. Dodatkowo wiele modeli można zintegrować z systemami smart home, co pozwala na sterowanie bramą z dowolnego miejsca na świecie.
Nowoczesne technologie i bezpieczeństwo
Współczesne systemy kontroli dostępu, w tym bramy garażowe, szlabany parkingowe i napędy do bram, korzystają z nowoczesnych technologii, takich jak łączność Wi-Fi, Bluetooth czy sterowanie głosowe. Automatyzacja pozwala nie tylko na wygodniejsze użytkowanie, ale także zwiększa poziom bezpieczeństwa – możliwość zdalnego zamknięcia bramy czy integracja z systemem alarmowym to dodatkowe atuty nowoczesnych rozwiązań.
Wybór odpowiednich rozwiązań do garażu i parkingu to inwestycja w wygodę, bezpieczeństwo i nowoczesność. Brama garażowa zapewnia ochronę pojazdu i wygodny dostęp do garażu, szlabany parkingowe skutecznie kontrolują ruch na parkingach, a napędy do bram pozwalają na komfortowe użytkowanie bram bez konieczności ich ręcznego otwierania. Inwestując w automatyzację, zyskujemy nie tylko oszczędność czasu, ale również podnosimy standard życia i bezpieczeństwo naszego otoczenia.
Więcej...
Dzień 27 stycznia 2025 roku jest obchodzony jako Międzynarodowy Dzień Pamięci o Ofiarach Holokaustu. Tę datę wybrano nieprzypadkowo, bo właśnie 27 stycznia przypada rocznica wyzwolenia obozu Auschwitz-Birkenau, czyli największego niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady. W 2025 roku mija dokładnie 80 lat od tego wydarzenia. Tysiące osób, w tym wiele oficjalnych delegacji państwowych na wysokim szczeblu, będzie obchodzić tę rocznicę.
Obchody tej rocznicy mają pomóc w budowaniu świadomości społecznej o Holokauście i w oficjalnym upamiętnieniu wszystkich ofiar hitlerowskiego reżimu. Zalicza się do nich 6 milionów Żydów i miliony innych ludzi, w tym Polaków, Romów i Sinti, homoseksualistów oraz osoby z niepełnosprawnościami.
Jedną z grup ofiar wspominanych podczas obchodów 80 rocznicy wyzwolenia Auschwitz i Międzynarodowego Dnia Pamięci są Świadkowie Jehowy, którzy byli jedyną grupą chrześcijan oznaczaną oddzielnym symbolem – fioletowym trójkątem. W swojej książce, była więźniarka Auschwitz, Anna Pawełczyńska napisała o nich:
„W skali ogromnej społeczności Oświęcimia Świadkowie Jehowy stanowili maleńką, niepozorną grupkę (...). Tym niemniej ich kolor winkla zaznaczył się w obozie w sposób tak wyraźny, że mała liczba nie oddaje faktycznej siły tej grupy. Była to grupa więźniów – stanowiąca zwartą siłę ideologiczną, która wygrała swą walkę z hitleryzmem”.
Z kolei profesor Detlef Garbe, były dyrektor Miejsca Pamięci Obozu Koncentracyjnego Neuengamme, na temat tej grupy osadzonych powiedział:
„Świadkowie Jehowy, którzy byli poddawani bezlitosnym prześladowaniom za rządów Trzeciej Rzeszy, należą do tak zwanych zapomnianych ofiar hitleryzmu. Przez dziesięciolecia byli pomijani (…), mimo że spora liczba Świadków Jehowy cierpiała prześladowania i poniosła śmierć”.
Dlaczego Świadkowie Jehowy byli prześladowani? Ponieważ będąc wierni sumieniu wykształconemu na Biblii, nie chcieli brać broni do ręki, nie zgadzali się z nazistowską ideologią nienawiści, odmawiając pozdrowienia „Heil Hitler” oraz udziału w aktach rasizmu, ksenofobii i przemocy. Ryszard Jabłoński, rzecznik Świadków Jehowy, wyjaśnił:
„W czasach Trzeciej Rzeszy, Świadków Jehowy prześladowano wyłącznie ze względu na przekonania religijne. Co istotne hitlerowcy dawali im możliwość wyboru i wyjścia na wolność, ale pod warunkiem, że na piśmie wyrzekną się swojej wiary i poprą nazistowski reżim. Oni jednak odważnie trzymali się chrześcijańskich wartości – zachowywali lojalność wobec Boga i okazywali miłość innym ludziom”.
Według danych Miejsca Pamięci i Muzeum Auschwitz-Birkenau, Świadkowie Jehowy znajdowali się wśród pierwszych więźniów obozu. Co najmniej 35% z setek osadzonych Świadków zginęło. Na stronie internetowej Auschwitz.org można przeczytać: „Oprócz krótkich wzmianek, literatura dotycząca historii obozu koncentracyjnego Auschwitz nie uwzględnia Świadków Jehowy (w rejestrach obozowych określanych jako Badacze Pisma Świętego), którzy trafili do obozu z powodu swoich przekonań religijnych. Ci więźniowie zasługują na bliższą uwagę ze względu na sposób, w jaki zachowali się podczas pobytu w warunkach obozowych, trzymając się swoich zasad moralnych”.
Nazistowskie prześladowania Świadków Jehowy w liczbach:
Około 13 400 spośród 35 000 Świadków Jehowy żyjących w okupowanej Europie padło ofiarą nazistowskich prześladowań.
Jakieś 11 300 Świadków było aresztowanych.
Około 4 200 Świadków zostało wysłanych do obozów koncentracyjnych.
Ponad 1 250 ofiar nazistowskich prześladowań to niepełnoletnie dzieci Świadków Jehowy.
Nazistowskie władze odebrały około 600 dzieci rodzicom, którzy byli Świadkami Jehowy.
Co najmniej 72 Świadków Jehowy poddano eutanazji.
Co najmniej 548 Świadków, w tym nieletnich, stracono lub celowo uśmiercono.
W sumie w wyniku prześladowań nazistów życie straciło około 1600 Świadków Jehowy.
Świadkowie Jehowy dzisiaj
Świadkowie Jehowy w Polsce i na świecie wkładają wysiłki, by budować społeczną świadomość na temat tego krytycznego okresu w historii ludzkości jakim był czas Holocaustu i jego wpływu na prawa człowieka oraz przekazywać relacje naocznych świadków, które dowodzą wiary i niezłomności w obliczu nieludzkiego traktowania przez reżim nazistowski. W oficjalnym serwisie internetowym Świadków Jehowy – JW.ORG można znaleźć między innymi takie publikacje:
- Dlaczego Bóg dopuścił do Holokaustu?
- Co spotkało Świadków Jehowy podczas Holokaustu i w obozach koncentracyjnych?
- Niezłomni w obliczu sprzeciwu – Świadkowie Jehowy a hitleryzm (FILM)
- Fioletowe trójkąty – historia rodziny Kusserow (FILM)
Z Nowym Rokiem – nowym krokiem. Jak zadbać o siebie w tym roku?
Napisał Wojciech Szota
„Nowy Rok, nowy ja!”, Styczeń to dla wielu z nas czas nowych początków i zadbania o siebie. Czas zmian w naszym życiu. Mało kto wie, że noworoczne postanowienia zawdzięczamy starożytnym Rzymianom. Janus, rzymskie bóstwo o dwóch twarzach, był uosobieniem nowych początków. Jakiego początku szukamy dla siebie w Nowym Roku? Według badań na szczycie postanowień od lat wśród Polaków przewija się jedno: walka z nałogami i troska o zdrowie.
Najczęstszym nałogiem jest wśród nas palenie papierosów. Pali prawie co trzeci (29%) z nas. To nałóg, który często idzie w parze z innymi niezdrowymi nawykami, np. złą dietą. Palacze lubią jeść tłusto, rzadziej też sięgają po warzywa i owoce. Papierosy nie tylko rujnują zdrowie i drenują kieszenie. Zdaniem naukowców, mają też wpływ na to, jak się odżywiamy.
Amerykańscy naukowcy sprawdzili, co ląduje na talerzach palaczy, byłych palaczy i osób niepalących. Wzięli pod lupę ponad 5 tysięcy osób. Okazało się, że niepalący wybierali bardziej urozmaicone i najmniej kaloryczne dania. Za to palacze, choć sięgali po najmniejsze posiłki, ale też najbardziej kaloryczne porcje – głównie tłuste i przetworzone. Podobny eksperyment przeprowadzili brytyjscy naukowcy na grupie ponad 2 tys. osób. Na talerzach palaczy było mniej potraw zawierających witaminę C, E, beta-karoten czy błonnik.
Co ciekawe, zarówno Amerykanie, jak i Brytyjczycy, od lat zalecają palaczom, że jeśli nadal chcą palić, to zamiast palić papierosy powinni chociaż rozejrzeć się za mniej trującymi organizm zamiennikami. W USA są to np. podgrzewacze tytoniu, czyli tzw. „ajkosy” (w Polsce występuje też bardziej dostępny lil SOLID EZ) albo popularne „snusy”, jak nazywa się saszetki z nikotyną. W odróżnieniu od papierosów, w takich zamiennikach nie ma najbardziej trującego organizm dymu, który powstaje podczas spalanie tytoniu. Efekt? W USA i Wielkiej Brytanii od lat systematycznie spada liczba palaczy – m.in. dzięki temu, że palacze zamiast papierosów stosują tu takie zamienniki.
Palenie papierosów nie tylko zmienia nasz codzienny jadłospis na gorsze. Wpływa też na nasz cały układ pokarmowy. Piekące uczucie w okolicach mostka nie musi być objawem problemów z sercem – choć zawsze warto skonsultować to z kardiologiem. Może bowiem być objawem tzw. zgagi, czyli choroby refluksowej przełyku. Pieczenie, dokuczliwy kaszel, chrypka, problemy z zębami czy dziąsłami – mogą być skutkiem palenia papierosów i powinny skłonić do szybkiej wizyty u lekarza. A tam usłyszymy jedno: proszę natychmiast rzucić!
Niestety, zerwanie z tym nałogiem jest trudniejsze niż może się wydawać. Według amerykańskich badań palacze próbujący zerwać z tym nałogiem potrzebują nawet 10 prób, zanim porzucą papierosy na dobre. Statystycznie 5 na 100 palaczy rzuca palenie bez jakiejkolwiek pomocy lekarskiej. Szanse na rozstanie z tym fatalnym w skutkach nałogiem zwiększają np. plastry czy gumy nikotynowe. Pomoże też zmiana diety i uprawianie sportu. Odpowiednio dobrane posiłki (np. zdrowe przekąski) i aktywność fizyczna mogą ułatwić zerwanie z używkami. Warto też uzupełnić dietę w świeże owoce, warzywa czy orzechy, które zawierają przeciwutleniacze i są bogate w witaminy A, C, E i B. To przyśpieszy wydalanie toksyn z organizmu i zmniejszy tzw. głód nikotynowy.
11 października miechowska Galeria „U Jaksy” gościła jednego z czołowych przedstawicieli współczesnej polskiej sztuki, założyciela i dyrektora Galerii Sztuki Współczesnej BWA w Olkuszu, pomysłodawcę Międzynarodowego Pleneru Malarskiego „Srebrne Miasto” – Stanisława Stacha. Artysta zaprezentował kilkadziesiąt swoich obrazów z kilku okresów, w jakich tworzył na przestrzeni długich i płodnych lat pracy. Był to jeden ze 130 wernisaży krajowych i 100 międzynarodowych w których brał udział.
Gdy dodamy jeszcze, że Stanisław Stach ma na swym koncie ponadto ponad 60 wystaw indywidualnych, będziemy mieli w miarę pełny obraz pracy tego ciekawego, różnorodnego i... pełnego humoru artysty. Jak sam dodawał, oprócz 50 lat pracy twórczej i 70 lat życia, w tym roku obchodzi także jubileusz 40 lat małżeństwa. Ma więc aż trzy powody do świętowania.
Obecna na wernisażu prof. Joanna Banek z Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie miała ze sobą List Gratulacyjny Związku Polskich Artystów Plastyków, skierowany do Jubilata. Obok gratulacji i życzeń koleżanki i koledzy mieli także podziękowania za ogromny wkład w rozwój i upowszechnianie kultury oraz za piękne, malarskie dzieła, propagujące najwyższe wartości. „Życzymy satysfakcji z wszelkich osiągnięć i nieustannej wiary, że mądrość, piękno i dobro posiadają magiczną moc, a wierność muzie sztuki daje szczęście i spełnienie” – czytamy w tym dokumencie.
- Praca twórcza to jest taki dar boży i nałóg, bez którego nie możesz się obejść i to dotyczy zarówno literata, muzyka czy plastyka. Człowiek ucieka do tego nałogu, pracuje i on go wciąga. I to jest wielka przygoda, kiedy wszystko inne idzie na bok, a człowiek się realizuje ponieważ szuka swojej drogi. Jaj jej jeszcze nie znalazłem... – próbował odpowiedzieć na pytanie dyrektora Galerii „U Jaksy” Pawła Olchawy nasz bohater. Jak zwierzał się podczas rozmowy, tworzy seriami, cyklami, po których ucieka w inne rejony swej wyobraźni, szukając nowej drogi wyrażenia emocji. Możemy je poznać oglądając jego obrazy, rysunki, grafikę.
Wernisaż gościł także artystkę z innej dziedziny sztuki – skrzypaczkę, która w miechowskiej galerii wystąpiła po raz pierwszy. Aleksandra Wagstyl jest absolwentką Akademii Muzycznej w Krakowie, muzykiem krakowskiej Orkiestry Akademii Beethovenowskiej i pedagogiem. Zaprezentowała fragmenty muzyki ze znanych filmów, głównie tanga, co bardzo spodobało się przybyłej tego wieczoru, wiernej galerii publiczności.
Wielkie brawa i życzenia dla olkuskiego artysty. Można tylko zapytać dlaczego podobny wernisaż nie odbył się, póki co, w jego rodzinnym mieście...?
* * *
Stanisław Stach urodził się w Olkuszu w 1954 roku. Studiował grafikę na Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie w latach 1978-1983 w pracowni litograficznej Włodzimierza Kunza.
W trakcie kariery artystycznej zdobył liczne nagrody i wyróżnienia, m.in.: dwukrotnie pierwszą nagrodę na Międzynarodowym Biennale Rysunku w Wielkiej Brytanii, wyróżnienia na Konkursie Małych Form Artystycznych w Stanach Zjednoczonych i Kanadzie, wyróżnienia na Biennale Pasteli w Nowym Sączu, wyróżnienia na Triennale Akwareli w Lublinie, drugą nagrodę na Ogólnopolskim Konkursie Spychalskiego w Poznaniu, nagrodę na II Biennale Malarstwa i Grafiki ZPAMiG w Katowicach. Czterokrotny stypendysta Ministerstwa Kultury i Sztuki w Warszawie. Uhonorowany odznaczeniami państwowymi i związkowymi, w tym Odznaką Honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”, Brązowym i Srebrnym Krzyżem Zasługi, Brązowym i Srebrnym Medalem „Gloria Artis” w dziedzinie sztuk wizualnych – Plastyka, Srebrną i Złotą Odznaką Honorową Małopolski – Krzyżem Małopolskim, Medalem Polonia Minor w Krakowie, Złotą Paletą od Związku Polskich Artystów Plastyków w Krakowie.
Kto może wykonać raport o oddziaływaniu na środowisko? (artykuł sponsorowany)
Napisał Wojciech Szota
Realizacja inwestycji mogących oddziaływać na środowisko wymaga uzyskania decyzji środowiskowej. W przypadku przedsięwzięć mogących zawsze znacząco oddziaływać na środowisko do jej wydania niezbędne jest przeprowadzenie oceny oddziaływania na środowisko. Najważniejszym dokumentem umożliwiającym ocenę zagrożeń stwarzanych przez inwestycję jest raport o oddziaływaniu na środowisko (OOŚ). Dokument ten może zostać przygotowany wyłącznie przez osobę posiadającą określone w ustawie kwalifikacje.
W jakim celu przygotowuje się raport oddziaływania na środowisko?
Analiza raportu oddziaływania na środowisko stanowi podstawę do wydania decyzji środowiskowej w przypadku inwestycji mogących zawsze znacząco oddziaływać na środowisko. Określa on, w jaki sposób i w jakim stopniu planowane przedsięwzięcie może stwarzać zagrożenie dla środowiska. Raport składa się z części opisowej oraz graficznej i musi zawierać szczegółowe informacje na temat planowanej inwestycji, jej wariantów i przewidywanych skutków środowiskowych.
Kto może sporządzić raport oddziaływania na środowisko?
Wymagania, jakie musi spełniać autor raportu oddziaływania na środowisko, reguluje art. 74a Ustawy z dnia 3 października 2008 roku o udostępnianiu informacji o środowisku i jego ochronie, udziale społeczeństwa w ochronie środowiska oraz o ocenach oddziaływania na środowisko. Zgodnie z nim autor raportu musi posiadać odpowiednie wykształcenie lub doświadczenie.
Raport oddziaływania na środowisko może przygotować osoba, która ukończyła studia pierwszego stopnia, studia drugiego stopnia lub jednolite studia magisterskie na kierunkach z zakresu:
- nauk ścisłych z dziedzin nauk chemicznych (biochemia, biotechnologia, chemia, ochrona środowiska, technologia chemiczna);
- nauk przyrodniczych z dziedzin nauk biologicznych oraz nauk o Ziemi (biochemia, biofizyka, biologia, biotechnologia, ekologia, mikrobiologia, ochrona środowiska, geofizyka, geografia, geologia, oceanologia);
- nauk technicznych z dziedzin nauk technicznych z dyscyplin: biotechnologia, górnictwo i geologia inżynierska, inżynieria środowiska;
- nauk rolniczych, leśnych i weterynaryjnych z dziedzin nauk rolniczych, nauk leśnych (agronomia, biotechnologia, inżynieria rolnicza, ochrona i kształtowanie środowiska, ogrodnictwo).
Autorem raportu oddziaływania na środowisko może być również osoba, która ukończyła studia pierwszego stopnia, studia drugiego stopnia lub jednolite studia magisterskie na dowolnym kierunku, jeśli ma udokumentowane odpowiednie doświadczenie. Wymagane jest minimum 5-letnie doświadczenie w pracach zespołowych polegających na przygotowaniu raportów lub prognoz oddziaływania na środowisko bądź uczestnictwo w przygotowaniu co najmniej 5 takich dokumentów.
W raporcie OOŚ powinny znaleźć się dane autora (imię i nazwisko) oraz jego podpis. Dodatkowo autor raportu powinien dołączyć do niego oświadczenie potwierdzające spełnianie przez niego niezbędnych wymagań formalnych. Za składanie fałszywych zeznań grozi odpowiedzialność karna.
