Reklama

Klucze

wtorek, 21 wrzesień 2021 14:13

Kontrowersyjna obwodnica Klucz Wyróżniony

 

Ciekawe jak potoczą się sprawy w Kluczach, bo o kontrowersyjnej obwodnicy tej miejscowości jest coraz głośniej – ostatnio napisała o niej nawet „Gazeta Wyborcza” (w tekście o znamiennym tytule: „Chcą budować obwodnicę przez obszar Natura 2000, tuż obok Pustyni Błędowskiej”). 28 sierpnia na rzeczonej Pustyni, tuż obok Róży Wiatrów, odbył się wernisaż wystawy malarstwa i rysunku Alicji Klimek, artystki urodzonej w Olkuszu, która dołączyła do przeciwników budowy obwodnicy Klucz i wsparła ich swoją twórczością. Co ciekawe już w 2016 roku artystka namalowała obraz, który jako żywo przywodzi na myśl malarską wizję przyszłej obwodnicy. Podczas pustynnego wernisażu członkowie stowarzyszenia walczącego o uratowanie największej atrakcji turystycznej Ziemi Olkuskiej zbierali podpisy pod petycją do władz gminy Klucze, by obwodnica przebiegała na północ od Klucz, a nie pod Czubatką. Częstowano ciastem, piwem rzemieślniczym, kawą, rozdawano ulotki i słuchano muzyki granej na żywo, atmosfera była wspaniała i oby tak zostało, bez drogi w tym pięknym miejscu.

 

Policjanci z Komisariatu Policji w Kluczach prowadzą czynności w sprawie nietrzeźwej matki, która 25 czerwca sprawowała opiekę nad 3-letnią córką. Mając ponad 2,7 promila 30-latka wsiadła do auta i próbowała odjechać z małym dzieckiem.

Świadkami tej sytuacji były osoby, które widziały, jak zataczająca się kobieta idzie z małym dzieckiem z placu zabaw, po czym wsiada do auta i próbuje odjechać. O sytuacji natychmiast powiadomiono policję. 30-latka podczas interwencji zachowywała się agresywnie, krzyczała i próbowała uszkodzić radiowóz. Nie chciała poddać się badaniu na zawartość alkoholu. powiadomiono więc ojca dziewczynki, który natychmiast zjawił się na miejsce i zaopiekował się córką. Kobietę natomiast przewieziono do komisariatu, gdzie zbadano stan jej trzeźwości. Okazało się, że ma ponad 2,7 promila alkoholu. Wobec kobiety zostało wszczęte postępowanie, w związku z podejrzeniem narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia bądź zdrowia małoletniej córki oraz podejrzeniem prowadzenia pojazdu w stanie nietrzeźwości. Dodatkowo materiały sprawy trafią do Sądu Rejonowego Wydziału Rodzinnego i Nieletnich, który dokładne zbada sytuację rodzinną małoletniej i podejmie dalsze decyzje opiekuńcze.

niedziela, 13 czerwiec 2021 15:45

Obwodnica Klucz Wyróżniony

 

W Kluczach trwają właśnie konsultacje społeczne dotyczące projektu budowy obwodnicy w ciągu Drogi Wojewódzkiej nr 791, która – jeśli powstanie – ma ograniczyć ruch samochodów ciężarowych i zwiększyć bezpieczeństwo w centrum miejscowości. Projekt zakłada – w każdym z trzech zaproponowanych wariantów – następujący przebieg: początek liczącej ok. 2,7 km drogi zlokalizowany ma być w pobliżu zakładów Velvet Care, natomiast koniec – na skrzyżowaniu Drogi Wojewódzkiej nr 791 z Drogą Powiatową nr 1095K (czyli ul. Bolesławską).
Różnica pomiędzy nimi jest taka, że w jednym z wariantów droga jest tuż u podnóża wzgórza Czubatka (popularny punkt widokowy), a dwa pozostałe pociągnięto ciut bardziej w głąb pustyni. Grupa mieszkańców gminy wystąpiła przeciwko tej drodze – a dokładnie przeciwko temu, by wybudowano ją u podnóża rzeczonego wzgórza. Problem w tym, że de facto nie ma innej możliwości pociągnięcia południowej obwodnicy Klucz. Przypomnijmy, że niedawno pojawił się plan, by przez środek Pustyni Błędowskiej poprowadzić linię kolejową do Centralnego Portu Lotniczego.
Wniosek jest taki, że mamy tę jedną marną pustynię i widać nam przeszkadza, bo ciągle byśmy z nią coś chcieli zrobić: kiedyś zalesić, potem odlesić, teraz puścić tory kolejowe i drogę, a jednocześnie chcielibyśmy żeby wciąż była użytkiem ekologicznym i ściągała turystów. Chyba się trzeba na coś konkretnego zdecydować. Przeciwnicy projektu zbierają podpisy pod petycją protestacyjną, wyżej podpisany też złożył na niej podpis, aczkolwiek nie wierzy w powodzenie akcji; obwodnica powstanie, bo Klucze duszą się od ruchu samochodowego i mieszkańcy gminy raczej gremialnie nie poprą protestujących – tym bardziej że powstanie obwodnicy nie będzie się wiązało z wyburzeniem choćby jednego domu.

 

Przybyło drzew i krzewów

Tegoroczny Dzień Ziemi, który tradycyjnie obchodzony jest 22 kwietnia, pracownicy i podopieczni Centrum Wsparcia i Terapii Osób Niepełnosprawnych i Ich Rodzin w Kluczach, obchodzili sadząc wokół siedziby drzewka i krzewy. Ich zakup sponsorowała firma budowlana CFE Polska, której pracownicy pomagali również podczas prac na skwerach i klombach.

Centrum jest nową placówką, która działa od lutego 2020 roku, a prowadzone jest przez wolbromskie koło Polskiego Stowarzyszenia na rzecz Osób z Niepełnosprawnością Intelektualną (pisaliśmy o tym szerzej w poprzednim wydaniu Wieści). Mimo pandemii, która nieco sparaliżowała początek działalności, z powodzeniem realizuje swoją misję, prowadząc świadczenia dla potrzebujących, w ramach dwóch projektów: „Droga do samodzielności” oraz „Placówka Wsparcia Dziennego Dzieci i Młodzieży – Otwarte Drzwi”. Sadzenie drzewek wpisywało się w zakres działania Centrum, będąc częścią ogólnoświatowej akcji.
- Działamy na pełnych obrotach, realizując programy dla dzieci oraz dla dorosłych niepełnosprawnych – informuje kierownik placówki Marta Piwowar. - Trochę gorzej wygląda współpraca z podopiecznymi dojeżdżającymi, bowiem pandemia stworzyła spore utrudnienia i problemy. Ale nasze dwa podstawowe projekty idą pełną parą od czerwca ubiegłego roku – dodaje.
Centrum Wsparcia i Terapii Osób Niepełnosprawnych i Ich Rodzin w Kluczach powstało dzięki modernizacji i przystosowaniu trzykondygnacyjnego budynku po byłym Zespole Szkół w Kluczach, który gmina przekazała w 2015 roku w użyczenie wolbromskiemu kołu PSONI na 20 lat. W obiekcie, obok ośrodka pomocy dziennej, powstały też 4 mieszkania chronione dla 12 dorosłych ze znacznym lub umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, w odniesieniu do których orzeczono chorobę psychiczną, niepełnosprawność intelektualną, całościowe zaburzenia rozwojowe lub epilepsję oraz osób niewidomych. Zamieszkują oni od poniedziałku do piątku, pod okiem opiekuna ucząc się samodzielności w codziennym życiu. W tym czasie uczestniczą także w wielu zajęciach wspomagających ich ogólny rozwój. To oni byli najliczniejszą grupą, która chwyciła za łopaty w miniony czwartek i z zapałem kopała dołki pod drzewka i krzewy.

 

poniedziałek, 19 kwiecień 2021 17:18

Dzielna Dunka z Jaroszowca

 

Urodziła się w Polsce i Polskę miała w sercu

Gdyby żyła, miałaby 100 lat. Była Dunką, ale urodziła się w Polsce i Polskę miała w sercu. Znalazło się tam miejsce także dla mężczyzny jej życia – również Polaka. Wspólnie walczyli w ruchu oporu w Kopenhadze i razem – połączeni węzłem małżeńskim – zginęli.
Anna Louise Christine Mogensen to kobieta, która powinna znaleźć się w panteonie bohaterów II wojny światowej, wywodzących się z Ziemi Olkuskiej – tuż obok Antoniego Kocjana czy Gerarda Woźnicy „Hardego”. U nas jednak mało się o niej pamięta, choć to niedopatrzenie wynika przede wszystkim z tego względu, że walczyła z Niemcami w Danii, bo stamtąd pochodziła jej rodzina. Knud Peder Mogensen, ojciec Knuda, Jørgena i o wiele od nich młodszej Anny, którą najbliżsi nazywali „Lone”, był inżynierem w duńskiej fabryce cementu F.L. Smidth w Aalborgu. Potem dostał ofertę pracy w Polsce, w Jaroszowcu, w tamtejszej cementowni (w opracowaniach często mylnie piszą, że znajdowała się w Olkuszu). Cementownię w Jaroszowcu zbudował w końcu XIX w. właściciel Klucz Ludwik Mauve. Za Jaroszowcem przemawiało to, że znajdowały się tu pokłady kamienia i margla (glinki) oraz linia kolejowa. Oprócz fabryki, która składała się z pięciu pieców i 15 wapienników, beczkarni, magazynów i biur, wzniesiono także – istniejące do dziś – cztery kamienice (dla pracowników), pałac (siedziba kierownictwa) i willę dyrektora. Zakład nazywano „Portlandcementfabrik Klucze”. Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, tę zatrudniającą już ok. 500 pracowników firmę, nazwano Cementownią Klucze. Właśnie w 1918 r. do Jaroszowca przyjechał duński inżynier Mogensen. Anna urodziła się już w Polsce, w Kluczach, w 1921 r. Fabryka cementu w Jaroszowcu dotkliwie przeżywała czasy światowego wielkiego kryzysu. W rezultacie upadła. Dlatego w 1936 r. rodzina Mogensenów zmuszona była wrócić do Danii. Nie bez znaczenia był też fakt, że na lata trzydzieste przypadł czas nasilenia się w Polsce tendencji nacjonalistycznych. Mogensenowie nie byli Polakami, zaczęły ich więc spotykać nieprzyjemności ze strony niektórych, nastawionych szowinistycznie, mieszkańców Jaroszowca. Ktoś na drzwiach gabinetu Mogensena napisał: „Polska dla Polaków”. A przecież ten inżynier był dobrze wspominany przez pracowników, którzy zapamiętali go jako uczciwego, szanującego i słuchającego ludzi człowieka. Duńska rodzina, obok pochodzących z Finlandii Wegeliusów (dyrektor Kaarlo Wegelius szefował cementowni od 1901 r.), współtworzyli kulturalne oblicze Jaroszowca. Ponadto w 1930 r. Mogensenowie ufundowali szkole w Jaroszowcu sztandar (niestety, zaginął). Ale ciężkie czasy podzieliły ludzi. Mogensenów – jak wielu ewangelików – uważano za obcych, często brano ich za Niemców. Wyjazd do Danii musiał być dla Anny szokiem, bo przecież czuła się Polką. Gdy uczęszczała do szkoły w Krakowie, nudząc się na lekcjach matematyki, pisała wiersze – po polsku. Gdy przyjechała z rodzicami do Danii, władała językiem polskim i niemieckim, za to problemy miała z… duńskim. Zmuszona była wtedy pójść do szkoły z internatem. Tam zaczęła się jej fascynacja fotografią. Jednym z jej nauczycieli był Rigmor Mydskow – osobisty fotograf rodziny królewskiej. Fotografowanie stało się dla niej nie tylko pasją…    
Wybuchła wojna. Najstarszy brat, Knud, pojechał walczyć w obronie Finlandii, którą zaatakowali Rosjanie. Młodszy, Jørgen, zawodowy dyplomata, został wicekonsulem duńskim w Gdańsku; mimo to współpracował z polską podziemną organizacją „Gryf Pomorski” (m.in. przewiózł do Danii kody dla radiostacji i stemple umożliwiające wystawianie konspiratorom fałszywych dokumentów). Rodzina Mogensenów zaangażowała się w pomoc dla polskich uchodźców. W 1940 r. Niemcy zajęli Danię, która wbrew temu, co przez dziesięciolecia pisano, dość dzielnie się broniła – Wehrmacht stracił ponad 200 żołnierzy. Niemiecka okupacja Danii w niewielkim stopniu przypominała okupację Polski. Niemcy uważali Danię za spokojny kraj, a stacjonowanie tam za coś zbliżonego do urlopu. Jednak Duńczycy nie zamierzali być pokorni. Udowodnili to choćby w sposobie, w jakim solidaryzowali się z Żydami. Gdy Niemcy zarządzili, że Żydzi mają nosić opaski z gwiazdą Dawida, Duńczycy też zaczęli je nosić. W 1943 r. w Danii utworzono niewielki, ale wcale skuteczny ruch oporu, który zwał się „Holger Danske”, czyli Ogier Duńczyk. Nazwa nawiązywała do legendarnego, zaklętego w kamieniu duńskiego rycerza, bohatera Pieśni o Rolandzie („Ogier duński najwaleczniejszy jest ze wszystkich”). Organizacja wsławiała się zwłaszcza akcjami likwidacyjnymi; głównymi egzekutorami byli Jorgen Haagen Schmith, używający pseudonimu „Cytryna”, i Bentem Faurschou Hviidem, czyli „Płomień”. Młodzi, pewni siebie i bezwzględni ludzie, którzy mieli dobrze opracowaną technikę likwidowania kolaborantów, redaktorów ichniejszej prasy gadzinowej, a z czasem także żołnierzy niemieckich i hitlerowskich urzędników. To spowodowało, że policja niemiecka, osławione gestapo, zajęła się nimi na poważnie. Egzekutorzy musieli na jakiś czas zaprzestać działań, bo groziła im dekonspiracja. W tym czasie 23-letnia Anna Mogensen używająca jako pseudonimu przydomka, jaki nadali jej rodzice, „Lone”, działała w polskim ruchu oporu, czyli organizacji „Felicja” (powstała przy przedstawicielu Rządu Rzeczpospolitej Polskiej na uchodźstwie). Pierwszym komendantem „Felicji” był nauczyciel języka polskiego, podharcmistrz Adam Sokólski, z którym Annę łączyła przyjaźń. Jej raporty o ruchach wojsk, o sytuacji w okupowanej Danii, ale przede wszystkim zdjęcia wojskowych oddziałów i instalacji, trafiały do centrali w Londynie. Anna współpracowała też z duńskim „Holger Danske”. W lipcu w 1943 r. z tej liczącej kilkadziesiąt osób organizacji, po aresztowaniach, pozostała garstka, w tym obaj likwidatorzy: „Cytryna” i „Płomień”. Namawiali oni do współpracy Annę Mogensen, ale „Lona” w tym czasie poznała już Lucjana Masłocha, polskiego oficera, który dostał rozkaz odbudowania, również zdziesiątkowanej aresztowaniami, polskiej konspiracji. Dowództwo przypuszczało, że po ewentualnym zajęciu Francji niemieckie U-boty będą stacjonować w portach duńskich. W Danii była więc potrzebna mocna siatka konspiracyjna i Masłocha dostał zadanie takową zorganizować. To musiała być dość komiczna scena, gdy Anna, kobieta mierząca bez mała 180 centymetrów, meldowała się pierwszy raz nowemu dowódcy „Felicji”, mierzącemu ok. 165 cm. Z tego, co wiadomo, Masłocha, ps. „Mały”, trochę ją śmieszył, ale szybko zyskał w jej oczach, gdy Anna się przekonała, jaki jest energiczny, rzutki, a przede wszystkim, jak skutecznie działa. Ten zaprawiony w walce wojskowy (walczył w bitwie nad Bzurą) trafił do Danii… piechotą; dostał się tam z oflagu pod Lubeką (łącznie przeszedł ok. 500 km!), gdzie zorganizował ucieczkę podkopem. W Kopenhadze Masłocha – dzięki kontaktom Anny – zorganizował centralę w dobrze zakonspirowanej willi na przedmieściach stolicy, skąd za pomocą radiostacji wysyłano zaszyfrowane meldunki do Londynu. Głównie jednak werbował nowych agentów, dzięki którym do Anglii trafiały cenne informacje o wojskowych lotniskach, rozmieszczeniu baterii nadbrzeżnych czy zasięgu niemieckich radarów. Anna kursowała między Danią i Szwecją. Przemycała broń, zdjęcia, listy, ulotki. Przyjmowała zrzuty z alianckich samolotów, a nawet angielskich komandosów. Na początku 1944 r. dotarła m.in. na wyspę Bornholm, gdzie na poligonie Niemcy testowali pociski V1 i V2. Anna informacje o poligonie przekazała do polskiej centrali w Londynie, a ta poinformowała angielski wywiad. Tak więc Anna Mogensen, obok Antoniego Kocjana, była drugą z osób urodzonych na Ziemi Olkuskiej, która miała udział w rozpracowaniu tajnej niemieckiej broni, tzw. wunderwaffe. Potem pojechała do Francji, gdzie sporządzała plany umocnień niemieckiego Wału Atlantyckiego. Choć Lucjan Masłocha uważał to za szaleństwo, pomógł w zorganizowaniu jej przerzutu do Anglii, by mogła wziąć udział w lądowaniu aliantów w Normandii; znalazła się tam jako fotoreporterka. 6 czerwca 1944 r. była jednym z zaledwie kilkunastu cywilów, którym dane było zobaczyć tę największą akcję desantową w dziejach świata.      
Wcześniej jednak, bo w końcu 1943 r., Niemcy postanowili zorganizować akcję wywiezienia duńskich Żydów do obozów zagłady. To porucznik Masłocha dowiedział się o planowanej eksterminacji – informację wyciągnął od znajomego niemieckiego urzędnika. Duński rząd, wespół z ruchem oporu, zorganizował na szybko akcję wywiezienia większości Żydów do Szwecji (kilkuset nie zdecydowało się na wyjazd i trafiło do obozów). Anna była jedną z organizatorek przerzutu; ale na wynajęcie kutrów i łodzi potrzebne były pieniądze. To Lona wymyśliła, żeby za biednych zapłacili bogaci Żydzi.
W październiku 1944 r. duńskie podziemie poniosło dotkliwą stratę – w nieudanym zamachu na wysokiego oficera SS Rolfa Guntera zginęli „Cytryna” i „Płomień”. To miała być akcja na miarę likwidacji przez Czechów szefa Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, protektora Czech i Moraw, Reinharda Heydricha, ale duńscy konspiratorzy źle przygotowali akcję, a poza tym zjadły ich nerwy.
Tymczasem między Anną i Lucjanem zrodziło się coś więcej  niż przyjaźń… W sylwestra 1944 roku, w kościele św. Ansgara przy Bredgade w Kopenhadze, 23-letnia Anna Louise Mogensen, ps. „Inga Sørensen”, i 31-letni Lucjan Masłocha, ps. „Mały”, wzięli ślub. Lucjan, nie mogąc kupić czerwonych róż, nabył herbaciane. Anna powiedziała wtedy, że takie róże mogą przynieść pecha. „Był bardzo piękny, jasny i mroźny dzień, kiedy pojechaliśmy do miasta, by wziąć ślub. Słońce zachodziło tak, jakby chciało powiedzieć do tego starego smutnego roku piękne – Żegnaj. Mam nadzieję, że ten nowy będzie jaśniejszy” – pisała tego samego dnia, w liście do matki.
W nocy 3 stycznia gestapo otoczyło willę, w której ukrywali się konspiratorzy. Ktoś zadzwonił do drzwi umówionym sygnałem. To byli… Niemcy; wdarli się do willi. Lucjan Masłocha otworzył ogień. Jednak napastników z SS było zbyt wielu; Polak zginął na miejscu. Zginęła również Anna, trafiona kilkoma kulami. Podejrzewa się, że zdrajcą był Arne Oskar Hammeken, Duńczyk powiązany z „Felicją”; choć nie przyznawał się do winy, został po wojnie skazany na śmierć i powieszony. Szczątki Lone i Lucjana zostały zidentyfikowane przez rodzinę w czerwcu 1945 roku, w miejscu straceń w Ryvange. Mszę żałobną odprawił w tym samym kościele, w którym Anna i Lucjan wzięli ślub, ten sam ksiądz. Mindelunden w Ryvangen, czyli miejsce ich śmierci, decyzją rządu duńskiego zostało zamienione w cmentarz bojowników ruchu oporu, gdzie spoczęło 106 bohaterów Danii; Anna Mogensen jest w tym gronie jedyną kobietą, a Lucjan jedynym cudzoziemcem.
Anna „Lone” Mogensen została  pośmiertnie odznaczona krzyżem Virtuti Militari. Małżeństwo ma swoją niewielką ulicę i obelisk w Łodzi (Lucjan urodził się w 1912 r. w podłódzkich Bobrowicach). W 1977 r. zrealizowano film dokumentalny pt. „Felicja” (reż. Magda Żurowska), opowiadający o polsko-duńskiej organizacji konspiracyjnej. W 2016 roku nakładem Instytutu Pamięci Narodowej ukazała się  książka „Róże dla Lone”, którą napisała mieszkająca w Danii dr polonistyki Maria Małaśnicka-Miedzianogóra. Mniej więcej przed dekadą autorka była w Olkuszu. Pamiętam spotkanie z nią w olkuskim PTTK-u, gdzie szukała informacji o najwcześniejszym okresie w życiu Anny Mogensen. Niestety, niewiele mogliśmy jej wtedy pomóc (w spotkaniu uczestniczył też Jurek Roś). Jednak badaczka losów bohaterki dotarła do wielu informacji i sporo miejsca w swej książce poświęciła dzieciństwu Anny Mogensen i pracy jej ojca w cementowni w Jaroszowcu. Także w 2016 roku wydana została książka „Igły. Polskie agentki, które zmieniły historię” – Marka Łuszczyny, w której jeden z rozdziałów autor poświęcił urodzonej w Kluczach kobiecie. Wreszcie w  maju 2017 r., w Jaroszowcu odsłonięto tablicę poświęconą Annie Louise Kristine Masłocha z d. Mogensen. Swoją drogą historia Anny Mogensen i Lucjana Masłocha to materiał na świetny film wojenny i przypuszczam, że prędzej czy później takowy powstanie, jako koprodukcja dwóch ukochanych krajów Anny: Polski i Danii.

Olgerd Dziechciarz