Reklama

poniedziałek, 29 grudzień 2025 21:12

Życie dla lasu Wyróżniony

Oceń ten artykuł
(31 głosów)
Widok zza biurka, czyli praca leśnika. Lasy Nadleśnictwa Miechów słyną z malowniczej scenerii. Okolice Książa Wielkiego. Leśnictwo Opacz. fot.: Jolanta Baran|Krajobraz malowany Naturą. Miejscowość Cisie. Leśnictwo Trąby, Nadleśnictwo Miechów. fot.: Jolanta Baran||| Widok zza biurka, czyli praca leśnika. Lasy Nadleśnictwa Miechów słyną z malowniczej scenerii. Okolice Książa Wielkiego. Leśnictwo Opacz. fot.: Jolanta Baran|Krajobraz malowany Naturą. Miejscowość Cisie. Leśnictwo Trąby, Nadleśnictwo Miechów. fot.: Jolanta Baran|||

„Natura nie jest miejscem do odwiedzenia. To jest nasz dom”.

Gary Snyder

 

Najpierw bywa nieśmiałe pragnienie, a potem budzi się marzenie, które płonie w duszy. Nie ma znaczenia punkt startu, ale meta. Pierwszy krok bywa trudny, drugi czasem też. Praca, która przywołuje ukrytą tęsknotę z dzieciństwa i jest spełnieniem naszych snów. Taka, która łączy w sobie radość przebywania pośród przyrody i pielęgnowanie leśnej braci. Gdy wydaje się to nieosiągalne, ulegamy zwątpieniu i pokusie rezygnacji, warto pomyśleć o tym, jak radzi sobie Natura. Nieznudzona i niezmęczona, co roku odradza się na nowo...

A gdy wytrwamy wystarczająco długo, sen staje się codziennym dniem wśród malowniczych ciepłych buków i jodły niezwykłej urody. I kto wie, jakie jeszcze skarby znajdziemy pośród drzew...

 

Bieszczady nieopodal Miechowa

 

Droga wije się w dół, zamknięta w koronach drzew, które otaczają ją niczym czujni zieloni strażnicy. Potem, stopniowo, wznosi się ku górze i zakręca, dookoła otoczona niezmiennie szmaragdową ścianą lasu. Nad przybyszami z zaciekawieniem pochylają się majestatyczne potężne dęby i smukłe brzozy, otulone lekkim powiewem wiatru. Gdzieś przemyka ruda kita Pani Wiewiórki, a gdzieś bezszelestnie płynie sowa. Miejscowość Cisie, gmina Książ Wielki. Teren Leśnictwa Trąby, należącego do Nadleśnictwa Miechów. Na wzgórzu, dookoła otoczony lasami, jasny domek pośród złotych łanów zbóż.

Honorową wartę obok domostwa trzymają: wiekowa lipa, a z drugiej rozłożysty buk, który w swych konarach skrywa dawną kapliczkę Matki Bożej. Wita mnie energiczna grupa trzech rozszczekanych yorków pod przewodnictwem Kory, która, najwidoczniej czując się zobowiązana swym imieniem, ujada najgłośniej. Żela i Kajtek grają drugie skrzypce.

- To takie nasze psy obronne – mówi z uśmiechem gospodarz, Władysław Bielawski, emerytowany leśnik, który w Lasach Państwowych przepracował 47 lat.

- Czyli w przypadku ataku, trzeba je wziąć na ręce i bronić? (śmiech) - Dokładnie tak. To ten typ.

Rozglądając się wokół, nie sposób nie zauważyć, że tak urokliwie usytuowane miejsce, przypomina zieloną oazę: ciszy, spokoju i naturalnego piękna.

- Czujemy się tak, jakbyśmy mieszkali w Bieszczadach – jakby na potwierdzenie moich myśli mówi pan Władysław – ta konfiguracja terenu, pagórki otoczone lasami z trzech stron, widoki wspaniałe. Zieleń. Dużo zwierzyny dookoła. Sarenki, jelenie, borsuki, daniele.

- Niedawno, wyglądamy przez okno, a w gościnę do nas przybył jeleń, wskoczył do ogródka i spacerował dookoła – dodaje pani Lidia, jego żona. - Często pojawiają się lisy, bażanty, jeże. A jakie mamy dzięcioły cudne! Zielone, czarne. Dudki przepiękne! – i pokazuje budki dla ptaków, rozstawione wokół domu na zielonej łące.

W gabinecie pana Władysława prawdziwe leśne archiwum. Zdjęcia, artykuły z gazet, dyplomy, odznaczenia, podziękowania, trofea myśliwskie i obrazy pełne Natury. Na miejscu honorowym, najwyższe i najbardziej prestiżowe odznaczenie: Kordelas Leśnika Polskiego, przyznany w 2014 roku, w 45. roku aktywności zawodowej. Wyraz najwyższego uznania w tym zawodzie. W uzasadnieniu jego przyznania czytamy m.in., iż: nagrodzony „jako dobry organizator bardzo szybko uporządkował leśnictwo po klęsce szadzi lodowej w 2010”, „efekty jego pracy terenowej są widoczne w postaci bardzo udanych upraw i młodników”, „ma duże osiągnięcia w inicjowaniu odnowień naturalnych”. Ponadto „cieszy się dużym autorytetem wśród miejscowej ludności”.

 

Leśna ścieżka i wyprawa do Moskwy

 

Obok wejścia „ścianka pamięci” – kolaż fotografii „domowników”. - To są nasze zwierzęta, które kiedyś z nami były – wyjaśnia pani Lidia. Na zdjęciach widać okazałą dorodną śnieżnobiałą gęś, kota o fosforyzujących oczach, świnkę w rozmiarze XXXL i psa o ufnym spojrzeniu.

- Dlaczego akurat ten zawód?

- Zawsze mi się to podobało. Przyroda, zieleń – mówi pan Władysław. - Jako dziecko ciągle biegałem po lesie, bo mój tata szedł z Glinicy do Sosnówki z piłą ręczną do pracy, do wycinki. Zawsze byłem blisko lasu i chciałem, żeby tak zostało. Postanowiłem wybrać dalej do nauki Technikum Leśne w Brynku, za Tarnowskimi Górami. Tylko że nie było pieniędzy na internat dla mnie. Moja siostra bliźniaczka – Basia, wiedziała o tym, jakie to było moje marzenie. I wtedy, zaczęła się najmować do pracy w lesie i te wszystkie zarobione pieniądze wysyłała mnie, żebym się mógł tam uczyć. Nie zapomnę tego... – chwila wzruszającej ciszy.

- I las pomógł?

- Pomógł. Po zdaniu matury w 1968 roku byłem przez rok stażystą w Leśnictwie Klonów, wtedy było ono podzielone na dwie części. Zostałem podleśniczym, a moim miejscem pracy kolejno były leśnictwa: Goszcza, Sosnówka, Klonów 2. Potem był czas spędzony w wojsku, dwa lata w Nowym Dworze Mazowieckim. Gdy wróciłem do Klonowa – pamiętam – jako podleśniczy, zarabiałem na początku 400 zł, ale człowiek się cieszył, że miał pracę.

- Jak się pan odnalazł na „leśnej ścieżce”?

- Na początku ciężko było – przyznaje z pewnym westchnieniem mój rozmówca. - Bo prowadziłem i sprzedaż drewna, trzeba było z pieniędzmi wracać do domu, poznawać nowe leśnictwa, nowych ludzi w terenie. Najtrudniejsza była ta klimatyzacja, żeby się zaadaptować w danej społeczności. Ale wtedy, my, jako leśnicy, byliśmy bardzo dobrze postrzegani przez społeczeństwo, bardzo nas ludzie szanowali i cenili. Oczywiście, to były inne warunki. Lata siedemdziesiąte. Czasy, gdy liczyło się najpierw na liczydle, a potem był tzw. „kręciołek” – taka maszynka na korbkę. Telefon też był na korbkę. Wszystkie dokumenty i plany, tabelki, trzeba było robić ręcznie nadleśniczemu. Po dwóch latach pracy w Klonowie, ówczesny nadleśniczy Omelański zaproponował mi przejście do Nadleśnictwa Miechów. I przez 15 lat pracowałem w nim jako starszy instruktor, podleśniczy technolog

- Nie brakowało lasu w biurze?

- Brakowało. Dlatego po 15 latach sam zrezygnowałem z tego zajęcia, bo uznałem, że to taka praca bierna, brakowało Natury, a tylko papiery i papiery. Zatrudniłem się w Zespole Składnic Lasów Państwowych w Krakowie, w składnicy w Kozłowie, przez trzy lata tak pracowałem, spedując drewno koleją, po całej Polsce. To były lata 80. Potem wyjechałem do Związku Radzieckiego. Nie wyjechałem po pieniądze, bo w tym czasie po nie wyjeżdżano na Zachód. A ja wybrałem wschód. Pojechałem, bo – ...moment milczenia... – chciałem być w Katyniu.

- Ktoś z rodziny tam zginął?

- ...Tak – odpowiada wzruszony pan Władysław, a w jego oczach widać łzy. - To taka nasza tragiczna historia. Mój pradziadek. I takie zobowiązanie rodzinne, żeby tam dotrzeć. Pracowałem w Moskwie, w Dyrekcji Budowy Moskwa. Budowano duże hale produkcyjne. A później, przerzucono mnie do Kaługi, 200 km od Moskwy. Tam prowadziłem duży magazyn z materiałami budowlanymi na 40 hektarach. W Katyniu nasza firma odnawiała ten... pomnik – w głosie mojego rozmówcy znów słychać mocno drżącą nutę. - Kaługa jest 15 km od Kozielska, dlatego w nim często bywałem, rozmawiałem z miejscowymi ludźmi. Dużo się człowiek mógł dowiedzieć, gdy postawił „sztakana” starszemu człowiekowi. To alkohol. Dopiero wtedy zaczynali mówić, gdzie przechowywali jeńców wojennych, jak to się odbywało. Po powrocie z Kaługi, mój nadleśniczy zaproponował mi pracę w Leśnictwie Tunel, to był rok 90. i byłem tam leśniczym przez 25 lat.

 

Przez te lasy zielone...

 

- Właśnie, jaka była przed laty specyfika pracy leśnika?

- Wcześniej leśniczy przemierzał teren na nogach. Nie było tylu dróg, robiło się ze 20 km dziennie. Niespodziewanie na kolana gospodarza wskakuje Kora i wpatruje się w niego z oddaniem. - Chce być w centrum uwagi – śmieje się on.

- Jak każda artystka...

- W Tunelu całe gospodarstwo leśne liczyło 1500 ha – pan Władysław dalej snuje swą opowieść – plus OHZ, czyli Ośrodek Hodowli Zwierzyny, gdzie trzeba było zagospodarować poletka łowieckie, posiać karmę, zebrać ją, dożywiać zwierzynę. W roku 1992-1994 było wypalanie węgla drzewnego z uwagi na porządkowanie sanitarne leśnictwa. A jak zaczynałem pracę (lata 70.), odbywały się tzw. polowania dewizowe, przyjeżdżali na nie Włosi, Norwegowie, Niemcy, trzeba było to im przygotować, organizować spotkania z myśliwymi. Sam, już od lat, należę do koła łowieckiego „Leśnik”. Te lata to też czas, gdy nasze nadleśnictwo bardzo słabo stało z pieniędzmi. Pamiętam, gdy na Strzygańcu, przy wjeździe do lasu, jako leśnicy mieliśmy dyżury i sprzedawaliśmy kiełbaski. Po to, żeby mieć na wypłatę ludziom. W składnicach prowadziliśmy sprzedaż tarcicy. Teraz drzewo się wywozi transportem kołowym, wcześniej wszystko szło koleją. Dzień leśniczego zaczynał się o godz. 6, a kończyło się o godz. 22. Było ogromne zapotrzebowanie na drewno, do tytoniu, do palenia.

- Słyszałam o „dawnym zbiorowym wyłapywaniu szkodników”.

- Tak, w listopadzie robiliśmy ręcznie jesienne poszukiwanie owadów. Brudnica mniszka, barczatka, osnuja – trzeba było wyznaczyć wielkość korony i motyką oraz grabkami przegrzebywać glebę pod nią. Wyszukiwać te szkodniki i ręcznie je wybierać, aby stwierdzić, ile ich jest pod drzewem, po to, by można było obliczyć, czy jest zagrożenie tym owadem. Cały dzień na to schodził. Szedł leśniczy, podleśniczy i jeszcze dodatkowe osoby. W domu bywało się gościem. Człowiek był jednak zadowolony, bo widział efekty swej pracy. Patrzył na uprawę, na młodniki, na trzebież, na tych ludzi, że im się pomaga. Trzebież to zabieg hodowlany, usuwa się drzewa wadliwe, krzywe, rozpieracze. Nasiona buka się ręcznie zbierało, dużo żona pomagała, bo nie miał kto tego wykonywać.

- Ile ja się napracowałam w lasach! – potwierdza pani Lidia. - Zbierało się bukwie – nasiona buka – trzeba było na kolanach je wybierać ze ściółki leśnej. Potem zabezpieczałam sadzonki w Leśnictwie Tunel, malowałam je takimi zapachowymi środkami odstraszającymi. A we wcześniejszych latach, zanim się malowało, gdy lasy nie miały pieniędzy, to się wykorzystywało te złotka, brane z mleczarni. Z drzewek robiło się „choinki”, bo to odstraszało zwierzynę. Zresztą, tak się poznaliśmy.

- W lesie?

- Tak. Pracowałam na poczcie, sama wychowywałam syna i trzeba było sobie dorobić. To poszłam do lasu, aby zabezpieczać sadzonki buka tymi złotkami, żeby sarny nie zgryzały. Ja to okręcałam, nawijałam, i tak się spotkaliśmy, zaprosił mnie na kawę.

- Czyli dobrze pani nawijała i zrobiła wrażenie.

- (śmiech) Pewnie tak. A potem, to już cały czas pracowałam przy zabezpieczaniu sadzonek w rejonie Cisia, Tunelu.

- Znalazł pan żonę przez te lasy zielone? Pan Władysław kiwa głową, z uśmiechem potakując.

- Las jest pełen różnych dóbr...

- (śmiech) To prawda.

- A żona ma oczy zielone?

- Nie, niebieskie – słyszę w odpowiedzi, a w tle pani Lidia śmieje się i woła: - Ale piosenkę znamy, jak najbardziej. I bardzo ją lubimy.

 

Ta Najpiękniejsza! Czyli... jodła w Leśnictwie Trąby

 

- To tych zabiegów ochronnych nie wykonywali wtedy robotnicy leśni?

- Oni mieli tyle pracy przy pozyskaniu drzewa, zrywce, że nie można było sobie pozwolić, aby jeszcze tym się zajmowali – wyjaśnia pan Władysław. - Bo dawniej poświęcaliśmy mnóstwo czasu, żeby przeciągnąć drzewa, gdy były nad młodnikami – tłumaczy. - Bardzo się pilnowało, aby pilarz takiego buka nie puścił i nie zniszczył tego, co tam zasiane. Braliśmy drabiny, wychodziliśmy, zapinaliśmy liny i przeciągaliśmy drzewo, żeby nie spadło na te uprawy. Bo jak było potężne, to spadając, zniszczyłoby z pół nowych nasadzeń. Robotnicy byli źli, bo to było bardzo pracochłonne, musiał się nabić młotem, żeby drzewo przeciągnąć na drugą stronę. Napracowaliśmy się bardzo i to było niebezpieczne, ale nie pozwoliliśmy, żeby zniszczyć to, co się obsiało. Teraz już nie ma do tego ludzi i to mnie niepokoi.

- Właśnie, wycinka. Starsze drzewa ponoć nie opierają się próbie czasu związanej ze zmianą klimatu i trzeba je usuwać?

- Osiągają też jakiś wiek rębności. I pod spodem jest nalot, który trzeba odsłonić. A żeby go odsłonić, trzeba umiejętnie ściąć to drzewo. Jeśli chodzi o wycinkę. Biuro Urządzania Lasu w Krakowie co 10 lat wykonuje taksację, odnawia plany, robi rewizję, co zrobiono. Tam są fachowcy, którzy szacują, wyznaczają mapy, plany na 10 lat. I to właśnie ono zaleca i konsultuje z nadleśnictwem, co ma być wykonane. Ja raczej mam negatywny stosunek teraz do cięć, bo wcześniej, gdy w lasach pracowało więcej ludzi, to były zupełnie inne możliwości i warunki do tego, niż gdy w to miejsce są maszyny. Za moich czasów, jeśli chodzi o pozyskanie drewna, mieliśmy stałych robotników, którzy bardzo tego pilnowali, tym żyli, to ich utrzymywało. To oni prowadzili te prace, dbali o to, a teraz są maszyny i bywa, że często liczy się tylko ekonomia. Tak nie powinno być.

- Było chyba też sporo różnych akcji społecznych?

- Tak, w latach 70. mieliśmy sadzenie lasu. Był czas, że sami jako leśnicy robiliśmy pielęgnację upraw, nasadzenia. Ale i pomagali uczniowie: w Chrustach, Tunelu, Klonowie. Były ogniska, spotkania, prelekcje z młodzieżą. W Leśnictwie Tunel mieliśmy dwa rezerwaty przyrody: „Biała Góra” i „Kępie”. A w nich piękne storczyki, dużo roślinności stepowej. Przychodziły szkoły na wycieczki, opisywało się każdą roślinę, i oni słuchali i zawsze do lasu chętnie chodzili. Inne było podejście. Teraz u nas też są ścieżki edukacyjne, zajęcia, las wychodzi naprzeciw ludziom.

- Tylko żeby chcieli skorzystać...

- Właśnie tak, bo naprawdę warto. Nasze nadleśnictwo ma bardzo malownicze tereny, ładnie zagospodarowane, dobrych gospodarzy. Wczoraj byłem na grzybach. W Leśnictwie Trąby kolega sadził dużo jodły. Bardzo ładna ta jodła, bardzo ładna. Naprawdę, aż nie mogłem się na nią napatrzeć! – pan Władysław mówi to z takim przejęciem i zachwytem, z jakim niektórzy fani motoryzacji zachwalają swoje markowe samochody...

- U nas chyba jednak przeważają te gatunki liściaste?

- Tak, sosna, na przykład, znika z naszego nadleśnictwa, bo wprowadza się gatunki bardziej odporne – te liściaste. Bo one są odporne na przymrozki, na okiści, na pogodowe zawirowania. Okiść to sytuacja, gdy pada jednocześnie deszcz i mróz. Taką okiść przeżyliśmy w 2010 roku. To był dramat dla nas, na drzewach robią się zlodowacenia, wszystko pęka, drzewa leżą na szosach. Zwierzynę trzeba było dokarmiać, a nie dało się do niej dojść.

- Praca leśnika nie jest łatwa...

- Jest trudna, odpowiedzialna i niebezpieczna, bo wychodzi się i nie wiadomo, czy się wróci. Zdarzają się wypadki przy wycince, różne zdarzenia. Pewnego razu, ja byłem w lesie, żona w leśniczówce, przyszedł człowiek, mówi, że wyszedł z więzienia i zażądał, żeby mu herbaty zaparzyć. Dobrze, że słyszał, jak radiostacja grała. Bo tak nie wiadomo... Miałem niebezpieczne spotkanie ze złodziejami drewna.

- Ale chyba pan nie żałuje wyboru tej ścieżki w życiu?

- Nigdy nie żałowałem. Człowiek odpoczywał w lesie, jak popatrzył na te buki, na przyrodę. Bardzo lubię buki. To niezwykłe drzewa. Malownicze i takie, atmosferą, ciepłe. Na wiosnę, jak się wszystko budzi, liście zaczynają się pojawiać na drzewach... To dla mnie coś pięknego! Jesień też ma urok, gdy drzewa się przebarwiają. Ile ludzie tracą, że zostają przed telewizorem, a nie widzą tego piękna!

 

Leśne polany w Podleśnej Woli i maliny w pudełeczku

 

- Czym dla pana jest las?

- Las jest domem – odpowiedź pada natychmiast, a w głosie mojego rozmówcy słychać wzruszenie.

- A czuje się pan dobrze w lesie?

- Bardzo dobrze – tym razem w jego oczach widać łzy. - Tylko teraz on nie jest doceniany. A to dobro narodowe. Las uczy dyscypliny, pokory, odpowiedzialności. Tego, że jak się coś mówi, trzeba to zrealizować. I za moich czasów, gdy był pożar lasu, stawała cała wieś go ratować. Teraz by nikt nie poszedł. Oprócz straży. Bo każdy ucieka, jest schowany. Miałem trzy pożary w Tunelu. Była straż. Ale i ludzie przychodzili, interesowali się tym, chcieli pomagać. Nie te czasy. Las zszedł na inny etap. Ludzie się zmienili.

- Kiedyś miał pan szacunek jako leśnik?

- Miałem. No kłaniają mi się jeszcze i teraz ludzie. Ale to trudno powiedzieć, czy mnie, czy tym drzewom dookoła.

- Wcześniej była inna relacja człowieka i lasu niż teraz.

- Tak, on był doceniany, bo był żywicielem, utrzymywał całe rodziny, a w tej chwili zszedł na boczne tory. Jednak myślę, że ludzie go jeszcze docenią, bo w mieście się zaczyna robić tłoczno.

- Teraz już nie ma tej więzi z przyrodą – dodaje pani Lidia. - Ja pamiętam, że z mamą zawsze wędrowałam do lasu. Ona pracowała za pieniądze, a myśmy jej pomagali. Plewili w szkółkach, wybierali sadzonki. Chodziłyśmy na maliny, a potem się je sprzedawało na targach. Las żywił. Jak Podleśna Wola, tam były piękne malinowe polany! A teraz dzieci mają maliny w pudełeczku. Babcia brała mnie za rękę i mówiła: „Chodź do lasu, zbierać zioła, bo dziś pora” i szłyśmy. Była zielarką. A potem przychodzili do nas ludzie i ona ich leczyła maściami, wywarami. Ziółka wisiały do suszenia: dziurawiec, mięta. Do matury lubiłam się uczyć w lesie. Była taka jego część w Podleśnej Woli Górnej, mówili na to Niwka, tam szłam z książką, siadałam na zwalonym drzewie i się uczyłam.

- To taka nauka, co przyszła z lasu, a nie poszła w niego?

- (uśmiech) Tak, właśnie. A teraz jestem szczęśliwa, bo wnuk, jak był mały i przyjeżdżał do nas do Tunelu, to zawsze go prowadzałam po lesie, pokazywałam drzewa. I teraz mi mówi: - Babciu, ja tak tę biologię pokochałem, że wybrałem farmację. I ostatnio zbieraliśmy razem rośliny do zielnika na jego zajęcia.

- Tak patrząc na to otoczenie dookoła, nawet na emeryturze nie bardzo się pan oddalił od lasu... – pan Władysław się uśmiecha. - Bo my pochodzimy z rodzin wiejskich, nie widzielibyśmy się w aglomeracji miejskiej. Cieszy nas to, że mieszkamy blisko lasu.

- Jakie my tu mamy niezwykłe widoki! Gdy jedziemy do nas do góry, jak przylaszczka zaczyna kwitnąć, zawilec. Całe kobierce, cudowne! To są takie brzegi i łany zawilców, przepiękne – dopowiada pani Lidia. - Zapraszamy, proszę przyjechać do nas i zobaczyć, bo to coś wyjątkowego!

Na moje pytanie, czego sobie życzą, gospodarze odpowiadają jednomyślnie: - Spokoju i zdrowia. A to daje las. I tak sobie tu żyjemy wśród zieleni.

Odjeżdżam z niezwykłego i klimatycznego domostwa pośród pięknych widoków oraz cudownej ciszy, zapomnianej już w tych czasach. Nawet Kora zrezygnowała z występu...

Jolanta Baran

 

Czytany 1557 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 29 grudzień 2025 21:25