Reklama

środa, 03 czerwiec 2026 09:24

Oblicza Grenlandii. Szlakiem arktycznej przygody – część III. Serce Krainy Lodu Wyróżniony

Napisał
Oceń ten artykuł
(19 głosów)
Lodowiec Russella – zwieńczenie 165-kilometrowego szlaku Arctic Cirlcle Trail. Dzikość, wolność, zew przygody i majestat Natury. Fot. Mateusz Albrycht|Wędrówka na spotkanie Lodowca Russella wiedzie i przez rozległe przestrzenie poprzecinane zapomnianymi szczytami górskimi. Fot. Mateusz Albrycht|Trasa Arctic Circle Trail, czyli pokonywanie mokradeł, brodzenie w wodzie i przeprawy przez lodowate rzeki. Fot. Mateusz Albrycht|Poświerka – skrzydlaty gość prosto z Grenlandii. Zawadiacka mina, wdzięczna sylwetka i melodyjny śpiew. Fot. Mateusz Albrycht||| Lodowiec Russella – zwieńczenie 165-kilometrowego szlaku Arctic Cirlcle Trail. Dzikość, wolność, zew przygody i majestat Natury. Fot. Mateusz Albrycht|Wędrówka na spotkanie Lodowca Russella wiedzie i przez rozległe przestrzenie poprzecinane zapomnianymi szczytami górskimi. Fot. Mateusz Albrycht|Trasa Arctic Circle Trail, czyli pokonywanie mokradeł, brodzenie w wodzie i przeprawy przez lodowate rzeki. Fot. Mateusz Albrycht|Poświerka – skrzydlaty gość prosto z Grenlandii. Zawadiacka mina, wdzięczna sylwetka i melodyjny śpiew. Fot. Mateusz Albrycht||| ||||||

 

Przyjęcie urodzinowe u stóp lodowca, magnetyczny głos nura, przenikający na wskroś bezkresne przestrzenie Arktyki, zniewalające krajobrazy, żywe barwy i zew dzikości dookoła. 
To sceneria szlaku Arctic Circle Trail na Grenlandii. Jest on jedną z najbardziej znanych tras trekkingowych na świecie, która na długości ok. 165 km wiedzie przez dziewicze zakątki tej wyspy. Rocznie przemierza go tylko ok.1500 osób z całego świata. Wśród nich znalazł się i Mateusz Albrycht, pasjonat Natury i podróży, który opowieścią o tej wyjątkowej wyprawie podzielił się z uczestnikami spotkania w miechowskiej Bursie Szkolnej. Jak odkryć ducha niedostępnej Krainy Lodu? Jak odnaleźć siebie pośród pustkowia i oczyszczającej ciszy? Czy taka podróż zmienia człowieka? 
Zazwyczaj wszyscy dostrzegają tylko powierzchowne oblicze Grenlandii: pustkę, zimno i lód. Postarajmy się zobaczyć coś więcej. Tak, by poczuć jej „serce”, dotknąć ją emocjami i zapisać w umyśle. 

Oto ciąg dalszy opowieści o przygodach na arktycznym szlaku

Być czy nie być? – czyli suche czy mokre?

-  Wyprawa szlakiem Arctic Circle Trail należy chyba do kategorii tych, która „testuje” nas w każdej chwili, bo „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”?
- Tak. Trzeci dzień marszu zaczął się właśnie tak, jakby Grenlandia postanowiła sprawdzić, czy naprawdę jesteśmy tu z właściwych powodów. Nie „dla przygody” tylko tych  prawdziwych, gdy jest niewygodnie, mokro i ciężko. Obudziliśmy się w cudownej dolinie rzecznej, miękko ułożonej pomiędzy zboczami. O poranku spowita była mgłą tak gęstą, jakby ktoś rozlał mleko po całym krajobrazie. Powietrze miało ten surowy, wilgotny chłód, a deszcz ani myślał ustąpić. 
Po dniu wcześniejszym byliśmy przemoczeni do… majtek. Wszystko mokre i ciężkie. Mieliśmy tylko jeden komplet suchych rzeczy. I w głowie zaczynała się… narada kryzysowa. Bo jest taki moment na wyprawach, którego nikt nie pokazuje w filmach: chwila przed wyjściem ze śpiwora. Leżysz jeszcze w cieple, twojej jedynej przestrzeni komfortu. I wiesz, że musisz z niej wyjść… I mętlik: czy założyć suche czy mokre? Bo to jak być czy nie być? Decyzja mogła być tylko jedna. Zakładamy mokre. Bo na Grenlandii praktyczność ratuje skórę dosłownie.
- To start był ciężki?
- Bardzo ciężki. Morale, które po pierwszym dniu niosło nas jak balon, teraz zaczęło opadać. Właściwie, nie będę udawał: ono szorowało po dnie (śmiech) - Noc była cudowna, organizm odpoczął… ale poranek tragiczny. Bo wypoczęte ciało to jedno, a perspektywa kolejnego dnia w wodzie to drugie. Zebraliśmy się w kolejnym domku na trasie. Było ciasno, parno od mokrych kurtek, ale choć bez wiatru w twarz. Zaparzyliśmy herbatę do termosu, siedzieliśmy i gawędziliśmy, w stylu: „kiedyś wyjdzie słońce”, „damy radę.” I wtedy padła jedna z największych prawd tej wyprawy: na świecie nie ma rzeczy nieprzemakalnych. Są tylko takie, które przemakają wolniej. Jedyną rzeczą, która nas realnie uratowała to skarpetki z membraną. Buty zawsze łapały wilgoć, a one nigdy. Torf po opadach nabrał wody. W praktyce większość dnia szliśmy w wodzie po kostki. Trzeba było obchodzić zastoiska, szukać twardszych fragmentów podłoża, trzymać się szlaku, który często był prawie niewidoczny. Ratował nas GPS i orientacyjne stożki z kamieni, drogowskazy oznaczające szlak.
- Czy to wszystko dookoła nie obezwładniało człowieka, powodując jakąś wewnętrzną dywersję naszego ciała i psychiki?
- Na początku, istotnie szło się gorzej. Mokre ciuchy, zimny deszcz, wiatr. Nastroje kiepskie. Ale po pierwszych trzydziestu minutach marszu wydarzyło się coś, co zawsze mnie zaskakuje: ciało zaczęło produkować ciepło. Nagle wilgoć stała się… akceptowalna. Przestała być paniką. Człowiek przełącza się w tryb funkcjonowania. Tylko że i cała logistyka obozowa zaczęła nam się sypać. Namioty zwijaliśmy na mokro. Śpiwór też dostał wilgoci, a on musi być suchy, choćby reszta świata miała pływać. Bo jak śpiwór wysiądzie, to cała wyprawa siada razem z nim, bo już możesz nie poczuć ciepła.
Większość drogi szliśmy zanurzeni w sobie. Każdy toczył własną walkę psychiczną, fizyczną, techniczną. Wygraną było to, że idziesz dalej. Kuba rzucił tego dnia komunikat: ponad 20 kilometrów. Ale dorzucił też dwie wiadomości, które podziałały jak kroplówka na morale. Prognozy się zmieniły, padać będzie dziś i jutro, potem poprawa. I: po dzisiejszej trasie śpimy w domku. Z piecykiem. Z szansą na wysuszenie rzeczy. Wtedy w grupie coś drgnęło. Bo narzekanie zaczęło się pojawiać coraz częściej, pierwsze obtarcia, odparzenia. Ale mieliśmy plan. Na wszystko. Ktoś miał plastry, inny maść, trzeci doświadczenie. W grupie naprawdę siła. Przerwy były szybkie i częste, padało i wiało. Herbata z termosu, baton, orzechy, i dalej. Bo kalorie były potrzebne. Wspieraliśmy się słownie, pilnowaliśmy humoru. Starałem się dodawać otuchy innym choć sam też w środku toczyłem swoją bitwę: „po co ja to robię?!” – „lepiej all inclusive i gorące kraje”…
- To może faktycznie lepiej ta Hurghada czy Madera…
- (uśmiech) Nie, bo wystarczyło spojrzeć w bok i te myśli… znikały. Krajobraz nas fascynował. Zobaczyliśmy nury lodowce, te same, które wcześniej oglądaliśmy na muralu w Sisimiut. I nagle to było jak zamknięcie klamry: obraz z miasta stał się rzeczywistością. Do tego lodowce, pustka przestrzeni, i pierwszy raz widok karibu. Pierwszy dowód, że tu jest życie, tylko inne, ciszej obecne, bardziej wtopione w tło. Po drodze zobaczyliśmy pardwę górską, piękną, jeszcze w białych zimowych piórach. Była jak duch z innej pory roku. I znów ten zachwyt: żywa zieleń, wodospady wyskakujące jak grzyby po deszczu, strumienie wszędzie, woda dosłownie w każdej postaci. I gdzieś między tym pojawiały się nasze refleksje: jak ważna jest woda, mokradła, dobry stan bagien. W Polsce człowiek często nie widzi tej wartości, dopóki jej nie zabraknie. 
- Takie „wylogowanie się z cywilizacji” to chyba doskonała okazja, aby się zatrzymać, odnaleźć drogę do siebie i odkryć to, co czyni życie naprawdę wartościowym? 
- Na pewno tak. Pod koniec dnia znaleźliśmy szkielet wołu piżmowego. Stał jak znak. Bez dramatyzmu czy moralizowania, po prostu fakt Natury. Śmierć jest tu naturalna, jak wiatr i deszcz. To mnie uderzyło mocno. Przez dłuższą chwilę szedłem potem z myślą o przemijaniu, o tym, że życie nie jest „na później”. Że trzeba je przeżyć porządnie, bo nie znamy ani dnia, ani godziny, kiedy sami zostaniemy takim szkieletem na szlaku. 
I wreszcie domek. Jak wejście do innego świata. Sama myśl, że ściągniesz mokre ciuchy, usiądziesz pod dachem i choć przez chwilę nie będzie ci padać w twarz, to działało jak terapia. Po dojściu czekał na nas pyszny obiad i deser nagroda, która w tych warunkach ma rangę królewskiej uczty. Później karty, dużo herbaty, wspólny czas. Spokojny, ciepły, prosty. I jest ta, zazwyczaj zupełnie niedostrzegana, radość z niepozornych rzeczy. Jeszcze jeden moment. Mały, ale ogromny: pierwszy kontakt z bliskimi. SMS wysłany z telefonu satelitarnego. Krótka wiadomość. Ale coś, co potrafi człowieka wyprostować od środka. Jakby ktoś na chwilę przypomniał, że poza tą mgłą, deszczem, torfem i mokrymi rękawicami… istnieje też normalny świat. Ten, w którym – i my – jesteśmy dla kogoś cenni.

Przyjęcie urodzinowe pod lodowcem

- Trasa Arctic Circle Trail jest tak wymagająca, żmudna i trudna, że pewnie z każdym kolejnym dniem, który zbliżał do mety, odczuwaliście radość i ulgę?
- To bardzo dziwne, ale nie. A nawet było odwrotnie. W przedostatni dzień marszu zaczynał się pojawiać taki wewnętrzny smutek, że to koniec tej fascynującej przygody. Dotarliśmy do największej chatki przy Kanu Center. Tylko że obietnica domowej nocki skończyła się szybciej, niż zdążyliśmy zdjąć plecaki. Bo domek opanowały pluskwy. Decyzja była natychmiastowa: nie śpimy tam. Korzystamy wyłącznie z kuchni i stołu, cała reszta: namioty. Choćby wiało czy lało jak diabli. I tak właśnie wiało – (śmiech) – że człowiek miał wrażenie, iż wiatr chce mu urwać głowę. Jego kierunek był dodatkowo perfidny, prosto w twarz, dokładnie pod jutrzejszą przeprawę w kanu. Czyli zapowiedź dnia, w którym będziemy płynąć ponad 20 kilometrów pod wiatr, znaczy ciężki dzień z wiosłami. Tylko w tamtej chwili nasze myśli popłynęły… innym torem, bo nagle okazało się, że mamy powód do…świętowania. Dla jednej z naszych towarzyszek to był wyjątkowy dzień, kończyła 40 lat i z tej okazji zafundowała sobie tę przygodę. 
- Tak trudna i forsowna wyprawa jako prezent na „czterdziestkę”? Godne podziwu! Tylko przyjęcie urodzinowe zapewne musiało poczekać…
- Tak, szacunek. Bo są ludzie, którzy kupują sobie na czterdziestkę zegarek. A są tacy, którzy fundują sobie Grenlandię. Nie – (uśmiech) – przyjęcie nie zostało odłożone. Zaczynamy świętować po swojemu, trochę śpiewu, malowania, żartów. Kuba, prawdziwy mistrz organizacji i planowania wypraw, rozkłada namiot, chwyta wędkę i gdzieś nam znika. Nagle, przez ten wyjący wiatr, słychać krzyk. I Kuba biegnie do nas z pięknym pstrągiem arktycznym. Euforia była taka, jakbyśmy nie złowili rybę, a znaleźli co najmniej – (śmiech) – sztabkę złota!
Marta, dotąd bardziej obserwatorka niż łowczyni, pierwszy raz zarzuca wędkę. Ściąga przynętę bez efektu, drugi raz, trzeci… i nagle jest branie. Walka, emocje, i ona też wyciąga kolejnego pięknego pstrąga, swoją pierwszą rybę, mówiąc, z błyszczącymi od radości oczami: „Już wiem, co daje wam taką frajdę w łowieniu. Poczułam to!” Kolejne rzuty i kolejne ryby. Kto chciał, ten złowił. Ja też. I już byłem myślami w kuchni. Bo przecież to „urodziny”. A w takich warunkach jedzenie przestaje być „posiłkiem”, staje się wydarzeniem. W głowie zaczyna mi się budować pomysł, nie mamy tortu, talerzy. Pojawia się jednak myśl, to będzie tort… rybny! Są świeczki. Rozpoczynam poszukiwania wokół domku odpowiedniej arktycznej dekoracji: płaskie kamienie, lokalne rośliny, drobne kwiaty. Może to brzmi absurdalnie, ale w terenie absurd często jest synonimem szczęścia. Z Piotrem czyścimy ryby. Potem „pieczenie” i serwis na kamieniach. Tylko sól i pieprz. Układam kamienie w kształt kwiatka, na nich kawałki ryby, dookoła rośliny i zebrana wokół aranżacja. Na brzegach świeczki.
- To solenizantka zapewne zaniemówiła na ten widok?
- (uśmiech) Tak, kiedy „rybny torcik” ląduje na stole, zapada cisza. Bo nagle nie jesteśmy w chatce na końcu świata. Tylko na urodzinach. Prawdziwych. Śpiewamy „Sto lat”, które gdzieś w świat niesie ten arktyczny wiatr. A jubilatka śmieje się, patrzy na świeczki jak na coś kompletnie nierealnego w tej scenerii i w końcu zdmuchuje je jednym tchem. A potem już przyjęcie…Do dziś pamiętam pomarańczo-czerwone mięso pstrąga i jego niewyobrażalny smak, intensywny i czysty. Tylko sól, pieprz, ogień i świeżość.
- Takie wydarzenia i przeżycia odkrywają chyba i to, co nam teraz umyka. Piękno prawdziwych relacji z innymi ludźmi?
-  Na pewno budują więź. Drogą, wspólnym wysiłkiem i stołem, przy którym człowiek w końcu czuje się u siebie, nawet na końcu świata.
- To po imprezie można było zużytkować i siły, i energię na tę forsującą przeprawę przez jezioro… - Właśnie, i tu zdarzyło się coś niesamowitego. Tak, jakby ta Zimna Kraina odczarowała swoje oblicze i postanowiła wszystkim nam… wyprawić urodziny. Gdy wstaliśmy rano, trochę wiało, ale już nie tak bezczelnie jak wczoraj. Niebo pełne chmur, wilgoć w powietrzu. Po śniadaniu dzielimy się na trójki i ruszamy na wodę. Przed nami ponad 20 kilometrów w kanu. I nagle, zamiast walki dostajemy nagrodę. Z każdym kilometrem pogoda się stabilizuje. Wychodzi słońce, jezioro uspokaja się, tafla jak lustro. Woda krystalicznie czysta, widać na kilka metrów w głąb, że jezioro jest bardzo głębokie. Może nawet lepiej nie wiedzieć jak bardzo. Krajobraz, światło, cisza, temperatura. Na brzegu góry i żywa zieleń, w oddali karibu. Człowiek ma wrażenie, że właśnie wszedł do raju.
- Obrazek jak z jego reklamy.
- Tak, to były niezwykłe chwile. Ciszę od czasu do czasu przerywał głos nurów lodowców. Ten dźwięk ma w sobie hipnozę. Taki sygnał, że jesteśmy w świecie, który żyje swoim rytmem, ignoruje naszą obecność, ale pozwala nam na chwilę w nim uczestniczyć. Płynąc, rozmawiamy, o życiu, prywatnych sprawach. Tematy płyną jak ta woda, spokojnie, z ciekawością. I jest w tym coś pięknego, że w miejscu tak surowym człowiek staje się nagle bardzo ludzki, bardzo otwarty. Nie chcemy kończyć tej podróży… Chcemy stać na środku jeziora, zostać jeszcze chwilę, bo wszystko jest idealne. Docieramy do brzegu. Łowimy kolejne pstrągi. Pogoda piękna. Leżymy na brzegu jeziora, trochę śpimy. Ja ganiałem z aparatem za płatkonogiem szydłodziobym, który żerował na pobliskim jeziorku. 
- Zapewne ten dzień w życiu należał do  kategorii tych „zjawiskowych”?
- To prawda, a wtedy wciąż trwała jego magia. Bo przed nami niespodzianka, połączenie jezior, którego miało nie być. Przechodzimy przez zalany przesmyk, miejscami woda jest po pas. Ale po tych dniach to już nie robi wrażenia. Kuba wskazuje górkę, gdzie rozbijemy namioty. Widok cudowny. Wokół pływają lodówki, które wydobywają z siebie piękne, niemrawe dźwięki. Takie odgłosy, które brzmią jak muzyka miejsca.
W ostatni wieczór leżymy na skałach, rozmawiamy o drodze, przeżyciach. Cieszymy się Naturą. Z każdą godziną robi się coraz zimniej, ale owinięci w puchowe kurtki trwamy, bo nikt nie chce tego zakończyć. W białym dniu nie widać, kiedy robi się wieczór. To oszustwo czasu, niby późno, a światło jakby trwało na przekór. To dodaje jeszcze uroku tej chwili.
-  I to moment, który pewnie sprawia, że w sercu pojawia się wzruszenie?
- Tak, a w oku kręci się łezka, bo człowiek czuje, że dotyka czegoś rzadkiego. Piękna dzikiego, nieosiągalnego, takiego, które nie powinno zostać  „oswojone” ani „udomowione”. Grenlandia jest piękna właśnie dlatego, że nie próbuje się pod nas dostosować. I oby to się nigdy nie zmieniło. Niech zostanie miejscem dla tych, którzy naprawdę lubią przygody i potrafią zaakceptować, że tu prym wiedzie Natura. Zawsze.

Serce dla Grenlandii

- Arktyka, jej bezkres, pustka i samotność, zapewne pozwala zobaczyć naszą codzienność i życie w „uniwersalnym lustrze”?
- Z pewnością tak. Kiedy stawiałem ostatnie kroki i wiedziałem już, że to koniec, nie było we mnie euforii. Radość tak. I satysfakcja, że przeszedłem trasę, której, jeszcze kilka dni wcześniej, bałem się w głowie bardziej niż w nogach. Pokonałem siebie. Tylko jednocześnie czułem…smutek. Cichy, dziwny i prawdziwy. Bo wiedziałem, że to ostatnie kroki w tamtym świecie. Gdzie nie ma tłumu, hałasu, nie istnieją powiadomienia, terminy, maile i drobne sprawy, które w mieście urastają do rangi tragedii. Tam była tylko Natura i jej zasady. Proste, uczciwe i bez dyskusji. Masz iść, jeść, pić, wysuszyć rzeczy, rozbić namiot, przetrwać noc, złowić rybę. A „problemy cywilizacji”, nie miały dostępu do twojej głowy. Bezludzie robi z człowiekiem coś niesamowitego: daje mu ciszę w środku. Dlatego zamiast entuzjazmu miałem w sobie smutek i żal, że zaraz to wszystko zostanie mi zabrane. A powróci rzeczywistość i te rozmowy „o niczym”, pośpiech, sprawy „na wczoraj”. Ten dobrze znany ciężar, który człowiek nosi na głowie, a nie na plecach.
- To odejście ze świata, w którym było, wciąż jeszcze, słychać prawdziwy rytm serca Natury. Kiedyś tak bliski człowiekowi. Świata, który, zawsze, oferuje nam wolność oraz to, co proste i piękne… 
- Tak, dlatego te nasze odczucia. To było paradoksalne, bo przez pół wyprawy myślałem o jednym: gorący prysznic. Nie jako luksus tylko marzenie. Jakby gorąca woda miała zmyć nie tylko brud i torf, ale cały trud, chłód i zmęczenie. Czułem, że prysznic będzie jak święto i nagroda. Tylko że, gdy naprawdę przyszło zakończenie, zrozumiałem coś zaskakującego. Najbardziej nie tęskniłem za jedzeniem, wygodą czy łóżkiem. Największa tęsknota była za tym światem, który właśnie opuszczałem. Za tym, że wszystko było proste. Że każdy dzień miał sens, bo był zbudowany z ruchu, Natury i ciszy. Człowiek wstawał nie po to, żeby „ogarnąć życie”, tylko po to, żeby iść dalej i to wystarczało. W ostatnich minutach czułem się trochę jak ktoś, kto wraca z miejsca, w którym pierwszy raz od  dawna oddychał pełną piersią. I nagle ma wrócić do przestrzeni, gdzie oddycha się szybciej, płycej i ciągle „w biegu”. To była radość bez fajerwerków. Zwycięstwo bez triumfu. I smutek, że kończy się coś pięknego, dzikiego i prawdziwego. Bo w głowie już miałem prysznic…ale serce jeszcze zostało na szlaku.
- Taka przygoda człowieka i fascynuje, i zatrzymuje… Ale po tym wszystkim – już bezkolizyjnie – był finał tej forsownej podróży?
- (śmiech) Niezupełnie tak bezkolizyjnie. Noc spędziliśmy w Kangerlussuaq, to dawna baza wojskowa USA. Obecnie ma 500 mieszkańców i tam znali nas już wszyscy. Mieliśmy prosty plan „ogarnąć  się”, wziąć oddech po  szlaku i ruszyć na wycieczkę pod lodowiec Russella. Miało być rowerowo, aktywnie po marszu. Ale Grenlandia miała na nas „własny pomysł” – pogoda zaczęła urządzać swoje przedstawienie, a człowiek z wypożyczalni rowerów nie dotarł. Pozostał więc samochód, szybki transfer, mniej wysiłku, ale z tą świadomością, że tu nigdy nie jesteś do końca panem planu. Tu zawsze wygrywa Natura.
- Czy widok lodowca zrekompensował wam tę mozolną wędrówkę przez bezdroża i mokradła, przemoczone ubrania, ciężkie przeprawy przez rzeki i lodowate kąpiele?
- O tak! Kiedy dotarliśmy pod lodowiec, wszystko inne przestało mieć znaczenie. Przed nami majestatyczna, około sześćdziesięciometrowa ściana błękitnego lodu, twarda, surowa, niemal nierealna. Ten odcień niebieskiego to kolor, który się pojawia tylko w miejscach, gdzie są lodowce. I wtedy uderza cię druga myśl, że to coś naprawdę spektakularnego, metafizycznego, linia styku krainy lodu, wstęp do lądolodu Grenlandii. Jakbyś stał na progu kontynentalnej pamięci Ziemi.
W tle szumiał wodospad powstający z wód roztopowych. Taki paradoksalny dźwięk, piękny, żywy, kojący… a jednocześnie będący znakiem, że ten kolos oddaje wodę, że się zmienia, że topnieje, oddając dziennie 700 mln m3 wody. I ten wiatr. Wiał tak, że trudno go opisać. To nie był podmuch, ale coś, co człowieka dociskało, odcinało słowa, przeganiało myśli. A lodowiec co jakiś czas pękał i wydawał dźwięki, które brzmiały jak z horroru. Jakby ziemia pod spodem pracowała. W takich chwilach czujesz się mały do granic śmieszności. Malutki, wciśnięty pomiędzy wiatr, skały i ścianę lodu, która pamięta czasy, gdy człowieka tu nawet nie było.
- Dotyk wieczności, który pewnie już zawsze pozostanie w pamięci serca i będzie towarzyszył codzienności…
- To było niezapomniane! Patrzyłem na tę grę kolorów, w głowie pozostał jeden obraz, który wraca mi do dziś. Fioletowe kwiaty rosnące w tym surowym klimacie, a za nimi lodowiec. Jakby dwa światy na jednej fotografii. Życie, które jest delikatne, a jednak uparte. I tło, które jest ogromne i zimne. Niesamowita perspektywa. Kadr, który nie potrzebuje filtra. Tam prawie nie rozmawialiśmy. Pogoda temu nie sprzyjała, ale też każdy z nas był w swoim wnętrzu. Lodowiec nie zachęca do gadania. Lodowiec zmusza do myślenia.
- I zapewne to były myśli z gatunków tych raczej „niewesołych”…
- Raczej tak. U mnie to zamieniło się w rozważania o przemijaniu. Bo stałem przed czymś, co znika. Lodowiec zanika. To fakt, nie metafora. Najtrudniejszy był smutek. Taki prawdziwy. Bo w pewnym momencie dochodzi do ciebie, że część tych zmian to nie „przypadek”. Że swój udział ma nasz konsumpcjonizm, chęć posiadania, wygoda, szybkie życie, ten automatyzm, kupić, zużyć, wyrzucić, zapomnieć…
Pomyślałem, że chcę zobaczyć ich jak najwięcej, póki jeszcze są. Że tych zmian już nie cofniemy. Że pod tym lodem kryje się świat, którego nie znamy, ziemia, skały, być może dawne ślady. I że gdy ten lód stopnieje, morza i oceany będą się podnosić, kraje będą mieć problemy, gatunki będą znikać. A jednocześnie, patrząc na te kwiaty, można było poczuć coś jeszcze, że Natura nie znosi pustki. Że gdy jedno odejdzie, urodzi się coś nowego. Tylko pytanie brzmi, czy to „nowe” będzie równie dobre dla nas i dla tego, co dziś nazywamy domem…?
- Spełnione marzenie z gorzkimi refleksjami w prezencie? Te ulotne momenty zanurzenia w Naturę odkrywają uniwersalne prawdy, które już dawno temu zostały zapomniane przez nasz  „cywilizowany” świat…
- Tak, było też coś bardzo osobistego i bardzo prostego, spełniałem marzenie z dzieciństwa. Stałem przy lądolodzie Grenlandii. Byłem w miejscu, które wcześniej istniało dla mnie jako legenda, opisy z książek i mapa w głowie. Widziałem Inuitów, widziałem inny świat, dotknąłem tej ziemi dosłownie. Dlatego podróże są tak niezwykłe. Kształcą, ale zawsze powinny mieć w sobie szacunek do Natury i lokalnych  społeczności. Integracja, ciekawość, pokora. 
Najbardziej gorzkie w tym wszystkim było to, że my o tym potrafimy myśleć właśnie tam, przy lodowcu, w wietrze, w surowej prawdzie Natury, a potem wracamy do codzienności i znowu giniemy w swoim świecie. Człowiek człowiekowi wilkiem. Przestajemy rozmawiać. Nie słuchamy się. Zamykamy w swoich bańkach i sprawach. A przecież te miejsca uczą czegoś dokładnie odwrotnego, że jesteśmy częścią całości, nie centrum wszechświata.
- To była nauka płynąca z „zimnej, dzikiej i niecywilizowanej”  Krainy Lodu? 
- Lodowiec Russella nie dał mi tylko widoku. Dał mi lekcję. Że wszystko przemija. Że piękno bywa ostatnim ostrzeżeniem. I że jedyne, co możemy zrobić, to patrzeć na świat uważniej, z mniejszą pychą, większą pokorą i większym szacunkiem. Bo stojąc tam, w wietrze i huku pękającego lodu, człowiek nie ma wątpliwości co do jednego – świat jest niewyobrażalnie piękny… i wcale nie potrzebuje nas, żeby trwać.


Opowieści wysłuchała: Jolanta Baran

 

 

Czytany 660 razy Ostatnio zmieniany środa, 03 czerwiec 2026 09:31
Wojciech Szota

Redaktor Naczelny Wieści Wolbromskich

Skomentuj

Pamiętaj dodając, edytując komentarz, akceptujesz nasz regulamin.
Regulamin dostępny tutaj.