Reklama

poniedziałek, 19 marzec 2018 21:27

Kiedyś sam potrzebował krwi – dziś spłaca dług z nawiązką

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Bez ręki potrafię żyć jeszcze lepiej

Nie mam ręki – trudno. Bóg tak chciał... Może przez to dał mi do wykonania inne zadanie? Może jak bym miał dwie ręce, to byłbym złym człowiekiem? A może właśnie dzięki temu robię coś dobrego? Kto to wie...?

Robert Pobudkiewicz w 1998 roku stracił prawą rękę. Nieszczęśliwy wypadek w pracy, trzeba było ją amputować powyżej łokcia. Nie załamał się. Wprost przeciwnie. Ta ułomność otworzyła mu oczy na ważne sprawy, zmotywowała do działania na rzecz innych.

-„Było groźnie, bo straciłem sporo krwi i lekarze potem mówili mi, że mogłem nawet umrzeć. Choć ja przez cały czas wierzyłem, że z tego wyjdę. Gdy obudziłem się po operacji wszyscy byli zdziwieni, że tak pozytywnie do tego podchodzę. Miałem 24 lata, pół roku wcześniej się ożeniłem, urodziło się moje pierwsze dziecko, było miesiąc po chrzcinach. Miałem dla kogo żyć. Jak tu umierać...?” – opowiada po latach.

Oczywiście miał obawy – jak to teraz będzie? Zawsze lubił chodzić po skałkach, jeździć rowerem, szkicować w zeszycie... -„Pamiętam, że jak przyjechałem ze szpitala do domu, to zacząłem malować półkę. Przyszła teściowa i mówi, żebym odpoczął, położył się. Ale mnie się to w głowie nie mieściło. Mam leżeć na kanapie i oglądać telewizję?” – irytuje się. -„To, że nie mam ręki, nie oznacza, że jestem już bezużyteczny. Nawet mi się przykro robi, jak ktoś tak o mnie mówi. Powiedziałem sobie: ja wam pokażę, że nawet z jedną ręką też można dużo zrobić!”

Wrócił do pracy, zaczął normalnie żyć, działać społecznie. I tak już prawie 20 lat. Żona się śmieje i mówi, że zapomniała, że jej mąż nie ma ręki.

Aktywność społeczna Roberta zaczęła się od pierwszej rady rodziców w Zarzeczu, potem była ochotnicza straż, rada sołecka, klub sportowy, druga rada rodziców przy Zespole Szkół w Wolbromiu, pszczelarstwo. Wszędzie był aktywny, wszędzie miał nowe pomysły. Uważał, że tego typu podmioty mają ogromne możliwości zarobienia pieniędzy na własną działalność, tylko trzeba znaleźć odpowiednią furtkę, zmobilizować wokół siebie ludzi, mądrze powierzonym majątkiem zarządzać. Wiele razy skrzykiwał sąsiadów, by coś dla wsi zrobić: zorganizować festyn, okolicznościową imprezę, posprzątać w szkole po remoncie sali. Zawsze pełen energii, zapału, optymistycznie patrzący w przyszłość. Jednak chyba krwiodawstwo daje mu najwięcej satysfakcji.

 

spróbował i już nie przestał…

 

-„Krwiodawstwem zainteresowałem się jakieś 15 lat temu. Poprzedni prezes klubu Honorowych Dawców Krwi przy Zakładach Mechaniczno - Kuźniczych Wostal zapraszał mnie, ale ja nie brałem nawet tego pod uwagę, mówiłem, że jak – z jedną ręką? Ale w 2012 roku namówił mnie kolega: chodź, spróbuj, co ci to przeszkadza? Tak więc skonsultowałem się z lekarzem, który nie widział przeciwwskazań i tak to się zaczęło. Pojechałem pierwszy raz z duszą na ramieniu, potem drugi, trzeci... spodobało mi się. Choć był jeden przypadek, że niemal nie zemdlałem. Ale potem było już dobrze” – opowiada. Obecnie ma na swym koncie prawie 15 litrów oddanej krwi i zapowiada, że szybko z tej działalności nie zrezygnuje. Bo motywują go koledzy, którzy oddali już i 60 litrów. Jak się już zacznie, potem to wciąga – mówią...

Gdy został wybrany prezesem klubu od razu postanowił wznowić coroczne spotkania krwiodawców z dyrekcją firmy i tak się złożyło, że pierwsze, które organizował, przypadło w 35. rocznicę działalności tej organizacji. Był mały jubileusz, choć, jak wspomina, przyszło wtedy 11 krwiodawców. Ale była dobra organizacja, chłopakom się spodobało i coraz więcej osób zaczęło interesować się krwiodawstwem. Przystępowali do klubu i teraz jest ich już 21, w tym 3 panie. Co roku drukują kalendarze, co przyjęło się i jest fajną promocją ich działalności, są artykuły w gazetach lokalnych, informacja na stronach internetowych zakładu.

To między innymi dzięki takim ludziom jak Robert, w środowisku jest spore zainteresowanie krwiodawstwem. Dlatego obecnie pomaga w kolejnej wolbromskiej firmie założyć klub HDK i marzy, by w Wolbromiu powołać do życia jeszcze jeden, do którego każdy mógłby się zapisać, bez względu na to, czy pracuje w tej, czy innej firmie. -„Wtedy nasza gmina byłaby potęgą na tym polu, można byłoby zorganizować dużą uroczystość w domu kultury. Bo w powiecie olkuskim, oprócz naszych dwóch wolbromskich klubów, jest klub w ZGH Bolesław, powstał klub w Gorenicach, przy PCK i tyle. A w sąsiednim powiecie miechowskim klubów nie ma wcale, są tylko okazjonalne akcje oddawania krwi. Miechów zazdrości nam tej działalności, zwłaszcza punktu oddawania krwi, który uruchomiliśmy rok temu. Sporo krwiodawców stamtąd przyjeżdża, by oddawać krew” – informuje mój rozmówca. To dzięki jego uporowi w marcu 2017 uruchomiony został punkt poboru krwi w Wolbromiu.

-„Zawsze było mi przykro, że jeszcze wtedy, gdy działał stacjonarny punkt w Olkuszu, było tak ciasno, krwiodawcy musieli czekać na dworze w kolejce, by oddać krew. Tracili czas na dojazdy. Wiedziałem, że nie tak to powinno wyglądać.” Uzyskał zgodę burmistrza, odpowiednich komisji z Regionalnego Centrum Krwiodawstwa i Krwiolecznictwa w Krakowie i uruchomił punkt w budynku gospodarki komunalnej. Jest duża sala, są dobre warunki. Raz w tygodniu, w piątki, przyjeżdża personel medyczny z całym sprzętem i pobiera krew. Za każdym razem jest kilkunastu krwiodawców i na początku października było już ponad 200 litrów tego drogocennego leku. Od początku funkcjonowania punktu odwiedziło go prawie 500 krwiodawców. To duży sukces.

-„Staram się tak działać, by podkreślać zasługi krwiodawców, by ich pokazywać, chwalić, odznaczać. To bardzo nas wzmacnia, gdy widzimy, że ludzie to doceniają. Bo to nie jest żaden obowiązek i nie bierze się za to pieniędzy. Oddajemy krew z reguły sześć razy w roku, za co dostajemy soczek, czekoladę, czasem dzień wolny od pracy i na koniec roku nagrodę pieniężną od szefostwa firmy. I tak to się toczy.”

 

marzy mu się…

 

Jest zdziwiony, że w całej Polsce oddaje krew tylko 2% obywateli. To bardzo mało. Marzy mu się taka akcja, w której połowa wolbromiaków oddaje krew. To by było coś! To byłaby promocja miasta. A ma ono wielki potencjał, jest położone na Jurze, blisko do zamków i warowni. -„Mamy tak fajną okolicę, że trzeba to wykorzystać. Mamy wielu znanych ludzi, którzy pochodzą z Wolbromia, też trzeba ich wciągnąć do promocji!” – mówi z zapałem. Włączył się więc w działalność stowarzyszenia „Zamek Rabsztyn”, gdzie pomaga w organizacji turniejów rycerskich i innych imprez. Marzy mu się, by zamki na Szlaku Orlich Gniazd były pięknie oświetlone i wtedy wychodząc na pobliską Kamienną Górę moglibyśmy je wszystkie podziwiać. Cieszy go, że zamki są remontowane, choć jego zdaniem powinny być bardziej odbudowywane, rekonstruowane. Wtedy można byłoby tam uruchomić muzea, restauracje, można byłoby organizować duże imprezy. -„Na takim np. zamku w Rabsztynie, czy Smoleniu co tydzień powinny być jakieś wydarzenia, które przyciągną turystów. Można wtedy przy okazji zorganizować akcję krwiodawstwa” – wraca do swej głównej pasji.

Bo krwi brakuje zawsze, a najwięcej w okresie wakacji i to tych grup, które są najbardziej spotykane. Zdarzają się też akcje oddawania krwi, gdy faktycznie potrzeba jej nagle. Choć krwiodawcy raczej starają się oddawać systematycznie, bo jest zasada, że można to robić raz na 8 tygodni i częstsze oddawania byłoby ze szkodą dla zdrowia. Na szczęście nie było w ostatnim czasie jakichś wielkich kataklizmów, kiedy potrzebna byłaby duża ilość krwi. Ale oczywiście każdy krwiodawca jest na to gotowy...

 

specyficzny optymista

 

-„Bardzo lubię pomagać” – zwierza się Robert. Zawsze drażni go, gdy niszczy się czyjeś dobre imię, jak się wywyższa. -„Ja wolę oddać sukces komuś innemu i wspólnie cieszyć się ze zrobienia czegoś dobrego. Mam z tego satysfakcję i to jest najważniejsze. To jest największa nagroda. Żadne pieniądze nie wynagrodzą tego czasu, tej pracy. Tylko to magiczne słowo: dziękuję. To jest największa nagroda dla każdego człowieka, który działa społecznie”.

Według niego krwiodawca to taki cichy bohater. Bo niektórzy mówią: „co to jest oddać krew”. A jak przychodzi co do czego, to się wycofują. Zawsze powtarza: róbmy to, co możemy, pomagajmy, nigdy nie szkodźmy innym. Bo to jest najgorsze. -„Najbardziej boli to, że ludzie, którzy nic nie robią, nie pomagają innym, opowiadają bajki, że musimy coś z tego mieć, bo inaczej byśmy tego nie robili. To jest przykre, bo jakie ja mogę mieć zyski z krwiodawstwa? Satysfakcję. To jest mój zysk!”

Wspomina, że gdy leżał po wypadku w szpitalu, to z jednej strony miał kroplówkę, a z drugiej krew. Wtedy nie zdawał sobie sprawy z tego, że kiedyś ten dług uda mu się spłacić. Po latach, gdy się nad tym zastanawia, to dziękuje tym krwiodawcom, którzy wtedy oddawali krew, bo mogłoby go na tym świecie nie być...

-„Jestem specyficznym optymistą, bo w każdej przegranej widzę wygraną. Przegraną moją było to, że straciłem rękę, ale wygraną jest, że potrafię żyć bez niej jeszcze lepiej, niż ktoś, kto ma dwoje rąk. Zawsze trzeba pozytywnie myśleć i pozytywnie patrzeć w przyszłość” – mówi, żegna się i leci do kolejnych obowiązków.

A ja patrzę na moje dwie zdrowe ręce i zastanawiam się co dzięki nim mogę zrobić dla drugiego człowieka...?

Wojciech Szota

(Nagroda Muzeum Powstania Warszawskiego w konkursie Local Press 2017)

 

Czytany 774 razy Ostatnio zmieniany niedziela, 24 styczeń 2021 12:32
Więcej w tej kategorii: « MIECHÓW: Awaria parkometru?